Poradnik

Kompendium wiedzy dla przyszłych właścicieli kota.

Część porad jest naszego własnego autorstwa, opartych na własnych doświadczeniach. Pozostałe pochodzą od zaprzyjaźnionych, bardziej doświadczonych hodowców. Jeśli macie jakieś pytania lub kwestie, w których możemy pomóc – zapraszamy do kontaktu.

Kiedy już postanowiliście, ze do domu przybędzie kot to następnym krokiem jest wybranie – kocur czy kotka?
Taka decyzja nie jest łatwa biorąc pod uwagę liczne opowieści „mity” a to o kotce a innym razem o kocurze. Przy podjęciu decyzji jaką jest wybór płci powinno kierować się sercem – który z pokazanych nam kotów zawładnął naszym serduszkiem….
Nie raz słyszałam opinię: „kocurka nie chcemy, bo jak dorośnie będzie znaczył teren”.

Prawdą jest że kocur kiedy dojrzewa pozostawia kocie „znaki” zapachowe, które nie należą do najprzyjemniejszych dla człowieka. Jednak nie jest prawdą, że zachowuje się tak każdy kocur i nie można tego oduczyć kota. Natura jest bardzo silna ale są sposoby nauczenia dorosłego kota znaczyć teren w kuwecie. Potrzeba do tego tylko wyłącznie cierpliwości. Naukę rozpoczynamy od pierwszego znaczenia. Kot zaznaczył teren gdzieś w pokoju – należy natychmiast skarcić kocura i wstawić go do kuwety. Kot za którymś razem zacznie się zastanawiać że miejscem do tego jest kuweta i tam zacznie wykonywać swoje bardzo ważne czynności związane z pokazaniem kto jest panem tego „domu”. Oczywiście zdarzają się kocury oporne na naukę i nie maja najmniejszej ochoty na zmianę swoich przyzwyczajeń. Jedynym wyjściem dla właściciela jest mały zabieg chirurgiczny – kastracja.

Bardzo dobrym rozwiązaniem jest kupowanie kocurka z domu gdzie dorosły kocur znaczy teren w kuwecie. Maluch od młodzieńczych lat załatwiając się do tej samej kuwety co rodzice kojarzą zapach jaki pozostawia dorosły kocur właśnie z tym miejscem. Kiedy maluch dorośnie i hormony zaczną pracować bardzo intensywnie pierwsze znaczenie wykona w kuwecie bo przecież tak robił tata.

Jeśli w domu chowają się dwa dorosłe kocury nie kastrowane bardzo często znaczą teren jeden po drugim. Wyjątkiem mogą być koty chowane od małego. Nie walczą wtedy o teren gdyż hierarchia i podział terenu nastąpiły w okresie wzrostu.

Kotki natomiast też mają wadę którą jest rujka. Przychodzi taki moment kiedy dorosłą kotka potrzebuje partnera. Okazuje to bardzo głośnym miauczeniem, pokładaniem się. Są kotki które w okresie rujki również znaczą teren. Mocz zabarwiają bardzo intensywnym zapachem – również nieprzyjemnym dla człowieka. Nie znam nikogo kto oduczył kotkę w rujce siusiania i głośnego nawoływania kocura. Długie i częste rujki są bardzo niebezpieczne dla kotki – mogą doprowadzić do ropomacicza. Są dwa sposoby uporania się z tym problemem. Jeden to pokrycie kotki – znalezienie jej wspaniałego męża. Oczywiście męża tej samej rasy posiadającego odpowiednie dokumenty. Natomiast drugim sposobem jest sterylizacja – operacja chirurgiczna.

Jest bardzo dużo różnych zalet kotek i kocurków jednak analizując wybór pod kontem problemów związanych z dorastaniem nie ma żadnej różnicy czy zakupimy kocurka czy kotkę. Z każdym problemem można się uporać. Jeśli kot się nie nauczy sam co mu wolno robić i gdzie zawsze można wykonać zabieg chirurgiczny (sterylizacja, kastracja).

Jednak najważniejszą rzeczą jest pokochać kotka i pozwolić mu zostać członkiem rodziny – to gwarantuje mam kocią miłość, która jest bardzo cenna kiedy mamy w domu prawdziwego przyjaciela.

Autorem tekstu jest jest Aleksandra Stanowska, właścicielka hodowli kotów norweskich leśnych EL RETIRO*PL
Powyższy artykuł został opublikowany na stronie klubu hodowców kotów norweskich leśnych NFO 2000
 

Nasza hodowla wspiera działania przeciw bezdomności zwierząt, w szczególności kotów. Dlatego WSZYSTKIE nasze kocięta, które nie są kotami hodowlanymi, opuszczają nasz dom PO ZABIEGU KASTRACJI.

Kastrację wykonujemy w wieku 12-14 tygodni życia, w zależności od terminu wyjazdu kociaka do nowego domu. 
Jako hodowcy jesteśmy odpowiedzialni za kocięta, które powołaliśmy do życia. Dlatego argument przeciw wydaniu kociaka po zabiegu kastracji typu „jest to groźne dla kota w tym wieku”, „kotek źle wyrośnie” – to jedynie przykrywka to tego, żeby zostawić sobie w kieszeni średnio około 200 zł, bo tyle mniej więcej kosztuje zabieg kastracji w dużych miastach.
Obawy o znieczulenie – dobry weterynarz potrafi odpowiednio dobrać sposób znieczulenia do każdego kociaka. Często przy takich kotach używa się narkozy wziewnej, której używa się również podczas zabiegu cesarki, kiedy kotki nie można całkowicie uśpić do zabiegu

Jako odpowiedzialni hodowcy uważamy, że to na nas ciąży obowiązek brania na siebie ryzyka związanego z wykonaniem zabiegu.To na nas ciąży obowiązek zapobiegania ropomaciczu, rakowi listwy mlecznej, czy rakowi jąder u kociąt w nowych domach. To my jako hodowcy jesteśmy odpowiedzialni za przeciwdziałanie bezdomności kociąt, które mogą zostać poczęte w nowym domu, często przez nieświadomych nowych właścicieli, którzy posiadają u siebie młodą kotkę i kocurka. Już w wieku 6 miesięcy kocurek może skutecznie pokryć kotkę i już w wieku 6 miesięcy kotka może zajść w ciążę! Którzy nieświadomi zagrożeń pozwalają swoim kotom na spacery po ogródku przed ich wykastrowaniem.

Nasza hodowla jest odpowiedzialna i to my bierzemy na siebie obowiązek kastracji kociąt. A Państwo dostają od nas kocięta gotowe do bezpiecznych spacerów i życia w nowej rodzinie bez stresu i zagrożeń ze strony raka listwy mlecznej, raka jąder, czy ropomacicza.

W naszej hodowli – nie ma możliwości zakupu kociaka bez praw hodowlanych bez zabiegu kastracji! Nie zależy nam na zostawieniu sobie w kieszeni tych 200 zł za zabieg kastracji – zależy nam na zdrowiu i szczęściu naszych kociąt.

Dziękujemy za zrozumienie.

Wczesna kastracja kotów już od lat budzi wiele kontrowersji. Przedstawiana przez niektórych jako „fanaberia rodem ze Stanów”, lub wymysł hodowców zazdrosnych o swoje ewentualne dochody, w rzeczywistości jest jedynym skutecznym sposobem na ograniczenie nadmiernej populacji zwierząt domowych, również tych rasowych, a przede wszystkim swobodnie wychodzących kotów domowych. Przyczyną śmierci numer jeden wśród bezdomnych kotów i psów pozostaje eutanazja. Schwytane i zatrzymane w schroniskach, mają niewielkie szanse na adopcję, i wiele z nich kończy życie przedwcześnie. Koty, które pozostają na wolności, umierają młodo z powodu chorób, niedożywienia, lub pod kołami samochodów. Dlatego to z myślą o nich przede wszystkim zaczęto w latach 80-tych ubiegłego wieku badania nad wczesną kastracją kotów. Początkowo poddawano zabiegowi przede wszystkim zwierzęta ze schronisk, tak, aby adoptowane przez nowych właścicieli, nie były już narażone na przypadkowe rozmnożenie.

Przez wiele lat przedział 6-8 miesięcy był rekomendowanym wiekiem dla kastracji kotów. Nie ma żadnego naukowego powodu dla takiego akurat wieku, stał się on po prostu pewną „tradycją”. Tak długie trzymanie się schematu sprawiło, że wprowadzenie jakiejkolwiek zmiany jest obecnie bardzo trudne. Nawet pojawiające się co kilka lat, odświeżane i wzbogacane o nowe dane wyniki badań ponad półtora tysiąca już kotów, wykastrowanych przed ukończeniem 16 tygodnia życia, z których najstarsze mają już po 11 lat, z trudem przebijają się przez utarte szlaki i schematy.

Psy określa się jako 15 razy bardziej płodne od ludzi, natomiast koty jako 45 razy bardziej płodne – jedna kotka potrafi odchować w roku dwa mioty, przy długim i ciepłym lecie urodzić jeszcze trzeci – niech z każdego z tych miotów przetrwa choć jedna kotka, po roku mamy już na danym terenie 3-4 płodne kotki, z których po dwóch latach będzie już na tym samym terenie 9-12 kotek. To oczywiście przy bardzo skromnych założeniach, że z każdego miotu każdej kotki przetrwa i rozmnoży się tylko jedno kocię. Ile dodatkowych kociąt „zmajstrują” kocurki po takiej kotce… Nie mówię tu tylko o kotach domowych, nierasowych. Wiem z doświadczenia, że właściciele kotów rasowych bardzo często ociągają się z kastracją swoich pupili – bo pora nie taka, bo pieniądze, bo jeszcze nie było rujki, bo mój kocur nie znaczy, bo mój lekarz każe czekać, a mój to w ogóle mówi, że szkoda, bo taki ładny kot. Nie wszystkie koty rasowe to koty niewychodzące. Wiele z nich trafia do domów z ogrodami, i jeśli nie są w porę wykastrowane, potrafią zostawić po sobie ślad w bardzo wielu egzemplarzach, szczególnie kocury. Często też nowi właściciele, dla próby, „dopuszczają” kotki, żeby choć raz miały kocięta. Znalezienie nowych domów często ich przerasta, i w rezultacie bez trudu znajdujemy w schroniskach bezdomne koty „w typie rasy”, które urodziły się na wolności.

Przez lata oponenci wczesnej kastracji kotów wysuwali różne swoje obawy, jakie niebezpieczeństwa i późne efekty może wywołać kastracja przed osiągnięciem dojrzałości, a dokładniej ta zupełnie wczesna, czyli przed ukończeniem 16 tygodnia życia. Wypunktowano kilka najważniejszych, zasadniczych kwestii, w których wczesna kastracja kota miała spowodować nieodwracalne i niezwykle szkodliwe następstwa. Poniżej przedstawię, jak do chwili obecnej, na podstawie systematycznych badań i porównań kotów kastrowanych wcześnie, przed ukończeniem 16 tygodnia, tych kastrowanych „tradycyjnie”, i niekastrowanych, wyglądają fakty w sprawach, których obawiano się najbardziej.

1) Problemy behawioralne.

Temperament i charakter kota to wypadkowa wielu czynników, w ogromnej przewadze tych genetycznych, w trakcie życia modyfikowanych przez środowisko, czyli krótko mówiąc warunki, w jakich kot się znalazł, jego opiekunów, inne koty, przyjazne bądź nieprzyjazne (z punktu widzenia kota) otoczenie. Zasadniczym elementem kształtującym kocie temperamenty jest dobór hodowlany. Kastracja jako taka jest ogromnym sprzymierzeńcem, ponieważ bardzo pozytywnie wpływa na behawior kotów, redukuje u nich popęd pchający je do włóczęgostwa i poszukiwania partnera (w 90%), agresję pomiędzy kocurami (w 60%), znaczenie (w 50%), przedłuża kocie życie o średnio 3-5 lat, i tworzy z kota lepszego kompana człowieka. Wczesna kastracja kota wzmacnia jeszcze te efekty. W miarę dojrzewania hormony płciowe mają poważny wpływ na zachowanie kota, bez względu na jego płeć. Wczesna kastracja pozbawia go okresu burzy hormonalnej, dzięki czemu znacznie łatwiej jest opiekunom kształtować jego charakter.

2) Otyłość.

To kolejny poważny argument, w swoim czasie wysuwany przeciwko kastracji jako takiej. Prawda jest taka, że na wystąpienie otyłości wpływ mają przede wszystkim dieta, poziom aktywności i wiek kota. Różne źródła podają, że kotki są dwukrotnie bardziej podatne na otyłość, ale żyją one dłużej, i generalnie są bardziej rozpieszczane, oczywiście w ujęciu statystycznym, jak to wynika z ankiet wypełnianych przez właścicieli. Zwierzęta kastrowane ogólnie potrzebują około 30% kalorii mniej, niż ich aktywni seksualnie pobratymcy. Skupianie się na kaloriach jest jednak pójściem w ślepą uliczkę, ponieważ kluczową sprawą jest jakość jedzenia i ruch. Badania nad bezdomnymi kastrowanymi kotami pokazują, że prowadzą one zdrowszy tryb życia, nie narażają się na bójki, nie podlegają wahaniom hormonalnym, i nie są wcale otyłe, w porównaniu do kotów niekastrowanych. Koty te mają jednak znacznie więcej ruchu, niż te przebywające w domach. Dobrze dobrana dieta i odpowiednia dawka ruchu zapobiegają otyłości u kastrowanych zwierząt, również tych niewychodzących. Ruch to na ogół czynnik, którego najbardziej brakuje kotom mieszkającym w domach na ograniczonej przestrzeni, jeśli nie jest ona dobrze zorganizowana, a właściciele nie mają czasu na odpowiednią dawkę naprawdę aktywnej zabawy ze swoim pupilem. Wczesna kastracja kota nie powoduje u niego innego, niższego zapotrzebowania na energię i ruch, niż kastracja przeprowadzona w tradycyjnym wieku 7-8 miesięcy.

3) Wzrost i kościec.

W badaniach na Uniwersytecie na Florydzie naukowcy ocenili również wzrost szkieletu, porównując 3 grupy kotów: wykastrowanych w wieku 7 tygodni, czyli naprawdę bardzo wcześnie, wykastrowanych w „tradycyjnym” wieku 7 miesięcy, i aktywnych seksualnie. Zwierzęta kastrowane wykazywały wolniejsze dojrzewanie osteoklastów, czyli komórek biorących udział w prawidłowym kształtowaniu się kości. Wolniejsze, ale nie nieprawidłowe, jak się tego początkowo obawiano. Jedynym następstwem opóźnionego dojrzewania osteoklastów mógłby być, teoretycznie, trochę dłuższy wzrost kości długich, ale nie zaobserwowano tego u kotów (natomiast rzeczywiście odrobinę dłuższe kości długie obserwuje się u wcześnie kastrowanych psów, podkreślam jednak, że nadmiernego wzrostu kości nie stwierdzono u wcześnie kastrowanych kotów, to znaczy nie znaleziono różnic w porównaniu do kotów kastrowanych tradycyjnie w 7 miesiącu, i tych niekastrowanych). Wzrost i wielkość kotów we wszystkich trzech grupach był porównywalny, bez względu na wiek kastracji. Osteoklasty u kastrowanych zwierząt dojrzewają około 8 tygodni później w stosunku do zwierząt niekastrowanych, a przyczyna tego opóźnienia nie jest do końca znana, co ciekawe, występuje ono w tej samej postaci zarówno u kotów kastrowanych wcześnie, czyli w badaniu był to 7 tydzień, jak i u tych sterylizowanych „tradycyjnie”, czyli w 7 miesiącu. Krótko mówiąc, opóźnienie dojrzewania osteoklastów i powolniejszy rozwój kośćca wystąpi zarówno u kotów kastrowanych wcześnie, jak i u tych kastrowanych w dowolnym momencie do osiągnięcia 7 miesiąca życia (tak naprawdę nie wiemy też, czy opóźnienie takie nie wystąpiłoby w przypadku kastracji wykonanej w dowolnym momencie przed osiągnięciem dojrzałości osteoklastów, czyli przed ukończeniem roku życia – średnio w tym wieku kończy się dojrzewanie osteoklastów u kotów niekastrowanych; zwierzęta wzięte do badań były kastrowane akurat w 7 miesiącu). Z punktu widzenia szybkości kostnienia szkieletu nie ma więc absolutnie żadnego znaczenia, czy wykastrujemy kota w hodowli (zwłaszcza, że nikt w hodowli nie robi tego tak wcześnie, moje koty poddane są zabiegowi jako 13 tygodniowe kocięta), czy zrobimy to sami u kota 7-8 miesięcznego, jak to jest najczęściej zalecane. Opóźnienie będzie takie samo, czyli średnio o 8 tygodni.

Kolejną obawą, niepotwierdzoną badaniami, był strach przed większą skłonnością do złamań głowy kości udowej u kotów, co wydawało się na początku logicznym następstwem późniejszego dojrzewania osteoklastów, i późniejszego zanikania chrząstek nasadowych kości długich. Badania nie potwierdziły jednak takiej zależności, nie wykazały większej ilości złamań, w ogóle ilość złamań w kocim świecie jest dość znikoma, bez względu na to, czy zwierzęta są kastrowane, czy nie, a jeśli tak, to w jakim wieku. Nie wiem, dlaczego w artykule, który pojawił się w „Życiu Weterynaryjnym” w roku 2006, pojawiają się enigmatyczne zdania w rodzaju „Istnieją doniesienia o zwiększonej skłonności do złamań kości udowych u kocurów”, nie poparte podaniem źródła tych doniesień, jakie złamania, w jakich okolicznościach. Zdanie, które wprowadza sporo zamętu, i które na pewno nie pochodzi ani z badań z 2004 roku, w którym wzięło udział 1660 kotów w różnym wieku, ani z późniejszych artykułów, sprawia, że i lekarze, i opiekunowie boją się wczesnej kastracji kotów. Ja sama się jej bałam, właśnie po przeczytaniu tego artykułu, i gdyby nie anglojęzyczne źródła z konkretnymi liczbami i danymi, bałabym się zapewne do dziś. Zdanie dziwi o tyle, że we wszelkich badaniach mierzących opóźnienie dojrzewania osteoklastów i zanikania chrząstek nasadowych wykazano, że akurat u kocurów jest ono naprawdę nieznaczne, a jest bardziej zauważalne u kotek. To cytat z raportu:

„Age at gonadectomy was not associated with the frequency of long-bone fractures in our study. One other study did find a small delay in closure of the proximal radial physis among early-age gonadectomized female cats, but if physeal closure is delayed, our results suggest that the delay does not result in more long-bone fractures. Furthermore, long-bone fractures in our study were rare overall, suggesting that physeal fractures are not a common problem for gonadectomized cats in general.”

„Wiek kastracji nie został w żaden sposób skojarzony z częstością złamań kości długich w naszych badaniach. Inne badania potwierdziły nieznaczne opóźnienie zanikania chrząstek nasadowych u kotek, ale nawet w przypadku takiego opóźnienia, badania nasze sugerują, że opóźnienie to nie skutkuje zwiększeniem częstotliwości złamań kości długich. Co więcej, złamania kości długich były w naszych badaniach generalnie rzadkością, co sugeruje, że złamania takie nie są powszechnym problemem u kotów kastrowanych ogólnie rzecz biorąc.”

Podsumowując, mimo obaw, nie ma żadnego potwierdzenia, że wczesna kastracja kota spowoduje nieprawidłowy rozwój jego kośćca. Przedłużenie procesu kostnienia o 8 tygodni, w perspektywie kilkunastu lat życia kota, nie ma żadnego znaczenia, jeśli chodzi o jego wielkość czy prawidłową mineralizację kości.

Androgeny mają wpływ na masę mięśniową, ale i tutaj wiek kastracji nie ma wpływu na ostateczną jej wielkość – masa mięśniowa zmniejszy się po kastracji u kotów kastrowanych późno tak czy inaczej, i jej ostateczna wielkość jest porównywalna u wszystkich kotów kastrowanych bez względu na wiek kastracji, bo rozrost mięśni, w przeciwieństwie do kośćca, nie jest dany raz na zawsze. Zwiększaniu masy mięśniowej u kotów kastrowanych na pewno sprzyjał będzie ruch. 

4) Drogi moczowe.

Kastracja jako taka przez wiele lat obwiniana była o choroby układu moczowego kotów, dopóki danych z gabinetów weterynaryjnych, do których trafiają przecież przede wszystkim właściciele kotów trzymanych w domach, czyli kastrowanych, nie zestawiono z badaniami kotów wolno żyjących, niekastrowanych. Obawiano się, że cewka moczowa u kocurów nie rozrośnie się odpowiednio, że będzie zwężona, a to z kolei prowadzić będzie do zatorów i chorób w jej obrębie, a w konsekwencji w pęcherzu moczowym. Okazało się, że średnica cewki moczowej była podobna we wszystkich trzech grupach kotów, a cewki zwężone, predysponujące do schorzeń dolnych dróg moczowych, trafiały się i u kotów niekastrowanych. Penis wysuwał się w pełni u wszystkich kastrowanych kotów biorących udział w badaniu. Dziś już wiemy, że skłonność do chorób dróg moczowych zależna jest od bardzo wielu czynników, a jednym z najważniejszych wydają się niewłaściwa dieta, niedostosowanie warunków otoczenia do wymagań kotów, i wynikający z tego przewlekły stres. Ruch i dieta stają się znów najważniejszymi sprzymierzeńcami w zapobieganiu chorobom dolnych dróg moczowych, a szczególnie pilnowanie prawidłowego pH moczu.

5) Aspekty medyczne.

Bardzo wiele osób, w tym również lekarzy, zwyczajnie boi się kastrować kocięta, ze względu na niedostateczny sprzęt bądź brak doświadczenia. Na pewno idealnym rodzajem narkozy dla kociąt jest narkoza wziewna, ale mój lekarz akurat taką aparaturą nie dysponuje, i wiem, że nie jest to warunek konieczny, chociaż na pewno mile widziany. Kocięta znacznie szybciej wychodzą z narkozy, właściwie jeszcze tego samego dnia biegają z rodzeństwem, w przypadku kotek nie obserwowałam też nigdy żadnych problemów czy depresji związanych z noszeniem kubraczka (moje kocięta mają zakładane tradycyjne szwy, więc ubranko jest konieczne). Po prostu przez kilka pierwszych godzin przyglądają się trochę zdziwione nowej szacie, a po odkryciu przy pierwszym jedzeniu po zabiegu, że nie przeszkadza to w niczym napełniać brzuszka, śmigają w ubrankach, jakby się w nich urodziły. Sama rana pooperacyjna goi się błyskawicznie, i jak dotąd nie obserwowałam (odpukać!) żadnych komplikacji u moich wcześnie kastrowanych kociąt. Wczesna kastracja kotów zabezpiecza je też w 100% przed nowotworami sutków i ropomaciczem, co jest bardzo cenne, bo zdecydowana większość kocich nowotworów to nowotwory złośliwe.

Na pewno wiedza o wczesnej kastracji kotów, jak każda nowa wiedza, potrzebuje czasu, żeby i lekarze, i właściciele spokojnie i rozsądnie podeszli do tematu. W końcu niegdyś zalecenia co do mycia traktowane były jako herezja, dziś się uśmiechamy, ale jeszcze w XVII wieku lekarze odradzali kąpiele strasząc, że mogą one prowadzić do przeziębień, zapalenia płuc, a w konsekwencji do śmierci. Ja sama nie należałam do ślepych zwolenników wczesnej kastracji kotów, co ma tę zaletę, że mam dość szeroki przekrój, jeśli chodzi o koty kastrowane w różnym wieku, a ponieważ utrzymuję kontakt z moimi właścicielami, wiem, jakie schorzenia jakim kotom się przytrafiły, i zestawić je z czasem kastracji. Na moim niewielkim podwórku potwierdzają się wszystkie dane z przytoczonych przeze mnie badań. Aż szkoda, że nikt z lekarzy nie chce podjąć współpracy z hodowcami, tak łatwo byłoby monitorować losy i zdrowie kotów…

Moje podsumowania i refleksje.

W ciągu 8 lat hodowania urodziło się u mnie 59 kotów. 18 z nich wykastrowane zostało późno, w okresie od 8 miesiąca do roku, a niekiedy nawet ponad roku (zależało to od lekarzy właścicieli moich kociąt, którzy bardzo różnie ustawiali terminy kastracji). Niektóre koty zostały u mnie w hodowli, więc nie zostały wykastrowane, albo zostały wykastrowane bardzo późno, jako kilkuletnie zwierzęta, a 36 zostało wykastrowanych przed wydaniem. Opóźnione kostnienie, potwierdzone zdjęciem RTG w wieku 10 miesięcy, stwierdzone zostało u mojej pierwszej kotki hodowlanej – Clara okazała się kotką bardzo wolno rosnącą i dojrzewającą. Nie ma u niej mowy o wczesnej kastracji – przeszła na emeryturę dopiero w wieku 6 lat. Podobny problem z wolnym wzrostem i dojrzewaniem kośćca, pojawił się raz u jednej z jej córek, u jednego z jej synów, i raz u jednej z jej wnuczek, co wskazuje na genetyczne podłoże. Syn wykastrowany został w wieku 8 miesięcy, córka wykastrowana została jako kotka półroczna, wnuczka wykastrowana została przed opuszczeniem hodowli, w wieku 13 tygodni. Wszystkie wyrosły na duże i silne koty, ale są wrażliwe na dietę, trzeba je bardzo starannie suplementować, i najwyraźniej nie termin kastracji, bardzo różny w przypadku całej czwórki (6 lat, 8 miesięcy, 6 miesięcy, 13 tygodni) był powodem ich wolniejszego wzrostu.

Jeśli chodzi o problemy z drogami moczowymi, to i tutaj mam 1:1, czyli leczenie zapalenia pęcherza moczowego, jedno u kota kastrowanego późno, i jedno u kota kastrowanego jeszcze u mnie. Inną sprawą jest, że zdecydowana większość opiekunów moich kotów to osoby bardzo zdyscyplinowane, wykonują okresowe badania moczu i niektórzy wyłapali w porę na przykład podwyższone pH moczu, co bez korekty diety doprowadziłoby zapewne do schorzeń pęcherza w postaci piasku, kamieni, a w konsekwencji infekcji, czyli teoretycznie mielibyśmy kota kastrowanego z problemami dróg moczowych. Jak jednak widać, nie kastracja, czy jej termin, byłyby tego powodem. Zakwaszanie moczu to cecha indywidualna, różne koty na tej samej karmie potrafią mieć bardzo różne pH moczu, i nie ma to żadnego związku z terminem kastracji. Zaniedbanie kontroli pH moczu może mieć natomiast bardzo poważne konsekwencje, bo zbyt wysokie pH nie tylko sprzyja rozwojowi bakterii, ale również wytrącaniu się kamieni i piasku w pęcherzu. Do podobnych rezultatów prowadzi brak kontroli nad ilością wypijanej przez kota wody, zwłaszcza, jeśli jest to kot jedzący głównie suchą karmę – większość takich kotów pije za mało, co również sprzyja rozwojowi chorób dolnych dróg moczowych. Kot, który pije zbyt mało to taki, w którego pęcherzu mocz zalega bardzo długo, i stanowi doskonałą pożywkę dla bakterii, które rozwiną się tym szybciej, im wyższe pH będzie on miał. Kot, który sika raz bądź dwa razy dziennie to kot, u którego należy się obawiać schorzeń dróg moczowych, bez względu na to, czy jest kastrowany, czy nie, i w jakim wieku kastrację przeprowadzono. 

Co do otyłości – no cóż, żaden z kotów w mojej hodowli nie jest otyły, nawet dziewięcioletnia już Clara, od trzech lat ciesząca się życiem kastratki. Kastratką jest również Borgia, która w tym roku skończy 7 lat. Osiągnęłam to dietą ubogą w węglowodany, i bardzo starannym zaplanowaniem przestrzeni domowej, dzięki czemu koty codziennie urządzają sobie dość intensywne gonitwy i zabawy. Moje koty mają stosunkowo dużo ruchu, i wiem, że te właśnie czynniki – dieta i ruch – są kluczowe. Pisząc „dieta” nie mam bynajmniej na myśli karm dla kotów kastrowanych, ponieważ są one niskokaloryczne, z nadmierną ilością węglowodanów, których kot nie potrafi przerobić na nic innego poza tłuszczem, a niewielka ilość kalorii nie daje odpowiedniej dawki energii do biegania. Uważam, że diety dla kastratów są właśnie ślepą uliczką, prowadzącą do otyłości, a często i do niedoborów. W dietach tych jest wiele substancji, które mają przyspieszyć i ograniczyć wchłanianie, żeby nie doprowadzać do otyłości. Niestety, upośledzone wchłanianie nie działa jakoś wybiórczo, i koty na tych karmach często mają niedobory, nie chce im się biegać, więc po prostu jedzą, śpią, i tyją tak czy inaczej. Z punktu widzenia biologii kota nie ma podstaw, żeby jadł on inną karmę, o innym składzie, ze względu na wiek, bo dieta kota jest taka sama, gdy tylko zostanie on odstawiony od maminej mleczarni. Ale na temat diet i żywienia mamy inny wątek.

Jeśli chodzi o sprawy behawioralne, widzę ogromną korzyść z wczesnej kastracji kotów. Moje starsze koty miały okresy „odchodzenia” od właścicieli, mniej lub bardziej nasilone, gdy zaczynały dojrzewać. Kocury zaczynały znaczyć, kotki robiły się niedotykalskie i chudły jeszcze przed wystąpieniem wyraźnych objawów rujki, często robiły się nadpobudliwe i płochliwe. To normalne objawy, obserwujemy je często u naszych kotek hodowlanych. Oczywiście objawy te miały różne nasilenie, niekiedy nie były bardzo uciążliwe (wszystko też zależało od tego, jak długo dany weterynarz kazał czekać z kastracją). U kotów kastrowanych późno, szczególnie u kocurów, właściciele zauważali po kastracji wyraźny spadek masy ciała, odsunięcie się od człowieka, coś w rodzaju depresji – mieli „smutnego kota”. Na szczęście nigdy nie trwało to długo, najdłużej 2 miesiące, na ogół znacznie krócej, ale pokazywało, jak silnym wahnięciem dla organizmu było raptowne pozbawienie go hormonów w okresie ich bardzo wysokiego poziomu we krwi. Wiem, że niektórzy weterynarze uważają, że kot powinien całkowicie dojrzeć, tak psychicznie, i dlatego każą czekać z kastracją. ja się z tym jednak nie zgadzam, kot, z chwilą, gdy ma żyć pod jednym dachem z człowiekiem, będzie miał tym lepsze życie, im bardziej pro-ludzki i przyjazny będzie w stosunku do człowieka. Nie wszyscy bez problemu zgodzą się na wszelkie zachowania związane z seksualnością, a niektóre z tych zachowań pozostają, mimo przeprowadzonej kastracji, jeśli przeprowadzona zostanie ona zbyt późno. Można oczywiście dyskutować, czy ludzie tacy w ogóle powinni mieć kota w domu, ale taka dyskusja w większości przypadków przeprowadzana by była, gdy mleko jest już rozlane, czyli kot w domu jest. Wiele takich osób faktycznie odpowiada sobie, że nie, oni na kota gotowi nie są, i kot ląduje na dworze, bo przecież sobie poradzi. Wczesna kastracja kotów, pozostawiając je psychicznie kochanymi, dużymi dziećmi, jest najlepszym dla nich zabezpieczeniem dobrych, kochających, spokojnych opiekunów. 

Chciałabym wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy, o której na ogół nie mówi się, odsądzając hodowców kastrujących kocięta przed wydaniem od czci i wiary. To, że kastracja to konkretny koszt, wie każdy, chociaż nie zawsze uświadamia sobie, jakiego rzędu są to pieniądze, kupując kota. Oprócz pieniędzy jest jednak jeszcze coś, czego się już nie wycenia – praca włożona w opiekę po kastracyjną. To dodatkowe wolne do wzięcia w pracy, to nerwy i niepokój, czy wszystko dobrze się goi, to często ogromne psychiczne obciążenie, szczególnie dla opiekunów kotek. To prawda, że wcześnie kastrowane kocięta niezwykle szybko dochodzą do siebie, nie zmienia to jednak faktu, że hodowca bierze na siebie cały trud i odpowiedzialność za prawidłowo przeprowadzony zabieg i rekonwalescencję. W kategoriach finansowych, tak chętnie wysuwanych przez przeciwników wczesnej kastracji kotów, to również dłuższe, o 3 tygodnie, przebywanie kociąt w hodowli, i każdy, kto jest już właścicielem kota wie, jakie to dodatkowe koszty. Pomijając cenę samej kastracji, w przypadku kotek dochodzących w niektórych gabinetach do 300 zł, koszt jedynie wyżywienia kota 12 tygodniowego przez kolejne 3 tygodnie, to dodatkowe 200 zł wydane przez hodowcę na kociaka, w każdym razie przy moim systemie żywienia i suplementowania. Do tego dochodzi dłuższy pobyt w hodowli, w której niekiedy pojawiają się kolejne kocięta. Na pewno więc decyzja o kastracji jeszcze w hodowli nie jest decyzją korzystną dla hodowcy z punktu widzenia ekonomii. To tak do przemyślenia dla wszystkich, którzy podsumowują naszą pracę jako jedną wielką pogoń za zarobkiem.

 

Autor: © Dorota Szadurska

Dlaczego kastracja?

Kastracja ciągle postrzegana jest jako zło konieczne, rodzaj okaleczania zwierzęcia. Przeciwnicy kastracji odwołują się do idei wolności, swobodnego korzystania z życia i życia zgodnego z naturą. Nie będę tu używała argumentów o tym, że niewykastrowane koty wydatnie przyczyniają się do zapełniania schronisk i zwiększania populacji kotów bezdomnych, bo to najwyraźniej nikogo nie wzrusza. Chciałabym zwrócić uwagę Państwa na inne, może trochę bliższe przeciętnemu człowiekowi aspekty.

Po pierwsze, z chwilą kiedy zwierzę jest pod opieką człowieka kończy się jego życie „zgodnie z prawami natury”. Ludzie wyznający ten pogląd nie powinni swoich kotów wpuszczać do domu, dopieszczać najlepszymi karmami, a jeśli zachorują, powinni pozwolić im zgodnie z naturą wyzdrowieć albo umrzeć. Argument ten jest więc z gruntu nieprawdziwy, „szyty na miarę”, tak żeby w danym momencie usprawiedliwić nasze zachowanie. Właściciele psów nie powinni w takim razie trzymać swoich pupili w ogrodach, a pozwolić im swobodnie biegać po okolicy, aby zgodnie z naturą mogły kogoś pogonić, obszczekać, czasami może nawet poszarpać za nogawkę. Jesteśmy odpowiedzialni za zwierzę które zamieszka w naszym domu, i to nasz dom staje się jego naturalnym środowiskiem.

Kastracja nie ogranicza kotu spełniania jakichś potrzeb, sprawia jedynie że tych potrzeb po prostu nie ma. Nie ma utraty przyjemności tam, gdzie nie ma łaknienia. To my, ludzie, pamiętając o przyjemnościach związanych z tą sferą życia, przypisujemy kotu własne poglądy. Kot poglądów nie ma, jeśli nie jest wykastrowany ma jedynie wysoki poziom testosteronu w przypadku kocura bądź estrogenów w przypadku kotki, i musi ten nadmiar jakoś rozładować. Nawet nie wie czemu to służy, gdyby koty parzyły się z innych powodów, wówczas obserwowalibyśmy to, podobnie jak w ludzkim świecie, o każdej porze roku, ot tak dla przyjemności. Tak jednak nie jest.

Po drugie: znaczenie. Kocur, który nie jest wykastrowany, ma bardzo silny instynkt terytorialny. Obejmuje sobie jakiś teren w posiadanie i jego granice oznacza moczem. Jeśli kot mieszka w mieszkaniu, właściciele sami bardzo szybko dostrzegają absurdalność argumentu związanego z życiem w zgodzie z naturą i niezwłocznie kota kastrują, ponieważ dla takiego kota granice terytorium to ściany lub meble mieszkania. Gorzej przekonać tych, którzy mają koty „wychodzące”, ponieważ kot oznacza teren „gdzieś daleko”. Mogą to być np. drzwi sąsiada, który będzie miał codziennie na świeżo „spryskane” schody, ulubiony krzew w ogródku, albo piaskownicę dla dziecka. Oprócz znaczenia, koty walczą o swoje terytoria, i ja osobiście nie zniosłabym widoku poszarpanych uszu i innych ran u mojego kota. Pisze do mnie wiele osób z pytaniami, dlaczego ich kot „śpiewa” w nocy, albo że przestał jeść, wygląda ogólnie nieszczęśliwie i zachowuje się nieswojo. Życiem kota rządzą zapachy, i woń kotek w rui, dobiegająca przez otwarte okna jest nie do zniesienia. Proszę sobie wyobrazić, panowie (bo to mężczyźni są najczęściej orędownikami pozostawianie kocurowi oprzyrządowania), że macie spędzić całe życie za szybą, za którą przechadzają się ciągle młode, rozebrane, do tego „chętne” kobiety, ale żadna z nich nigdy nie będzie dostępna. Dla kocura oczami jest jego nos, to dlatego tak markotnieje, przestaje jeść, gubi gwałtownie sierść. Niektórzy uważają, że można kota wypuścić, to sobie „poużywa” na jakieś bezdomnej kotce – ale ten typ moralności pozwolę sobie pozostawić bez komentarza. Wspomnę jedynie o chorobach, które kocur może z takiej upojnej randki przynieść, a niektóre z nich, jak „koci AIDS”, kończą się dla kota tragicznie. I walki, nieodłączny element kocich godów, nie zapasy, ale prawdziwe bitwy, do krwi nie tylko pierwszej. Jeśli komuś podoba się takie życie z naturą dla jego kota, to gratuluję odporności – ja osobiście bym tego nie zniosła.

Nie jest prawdą, że kotki nie znaczą – wiele z nich sika na ściany, sprzęty, drzwi, buty, w okresie rui. Jak sobie pomyślimy, że ruja u kotki może przybrać postać tego, co lekarze określają mianem „rui permanentnej”, czyli tydzień rui, 3 dni przerwy, i kolejny tydzień zawodzenia, i tak przez np. dwa miesiące, takie znaczenie zaczyna być poważnym problemem. Kotka w rui jest całkowicie we władzy instynktu, przestaje jeść, gubi sierść, wygląda zwyczajnie na chorą, i tak się zapewne czuje. Stałe przekrwienie macicy które temu towarzyszy prędzej czy później doprowadza do ropomacicza, a ropomacicze to rzadko choroba leczona zachowawczo, najczęściej trzeba kotkę operować, czyli usunąć macicę i przydatki tak czy inaczej, co równa się w rezultacie kastracji, tyle że przeprowadzanej już niejednokrotnie w warunkach zagrożenia życia kotki. Nie ma czegoś takiego, jak młode dla zdrowia chociaż raz. Dla zdrowia kotki najlepiej przeprowadzić zabieg kastracji zanim rozpędzi się hormonalna maszyneria. Kotki hodowlane po okresie rozrodu są kastrowane, podobnie jak ich „nakolankowe” koleżanki.

Trzecia sprawa to ta, o której napomknęłam na początku, że nie będę się nad nią rozwodziła, ale jednak do niej wrócę. Chodzi mi o niekontrolowany rozród. Spotkałam się z twierdzeniem, że to problem właścicieli kotek. Rzeczywiście, właściciele kotek szybciej rozumieją problem, bo kotka do domu wróci i tam, zgodnie z naturą, urodzi kocięta, a to już jest pewien kłopot dla właściciela, o czym wie każdy, komu się taki prezent przytrafił. Wielu właścicieli ucieka w podawanie kotkom hormonów, ale ja przestrzegałabym przed tym, bo podawanie hormonów bardzo silnie wywraca gospodarkę hormonalną i metabolizm samej kotki, co najczęściej kończy się podobnie jak stałe, utrzymujące się długo ruje, czyli ropomaciczem, a wtedy operacja (równoznaczna z kastracją tak czy inaczej), niekiedy, niestety, śmierć. Oczywiście odezwie się tu wiele osób, które stosowały u swoich kotek hormony i nic się nie stało, ale to jest tak, jakbyśmy mówili, że papierosy nie szkodzą, bo znamy osoby, które je palą i żyją.

Na czym polega zabieg kastracji

Termin „kastracja” używany jest często zamiennie z terminem sterylizacja. Technicznie rzecz ujmując, kastracja jest jednym z rodzajów sterylizacji. Sterylizacja to zabieg chirurgiczny polegający na ubezpłodnieniu, może to być więc na przykład podwiązanie jajowodów u kotki bądź nasieniowodów u kocura. Kastracja to usunięcie gonad, czyli jajników w przypadku samic, i jąder w przypadku samców. Większość lekarzy usuwa też niepotrzebną już macicę, i chociaż niektórzy nie uważają tego za konieczne, apeluję do Państwa o naleganie na przeprowadzenie zabiegu z usunięciem zarówno jajników jak i macicy.

Zabieg u kocura jest dość prosty. Wykonuje się go oczywiście w znieczuleniu ogólnym. Lekarz usuwa jądra poprzez cięcia wykonane na mosznie, jak to przedstawiono na filmie poniżej. Rany na mosznie nie zaszywa się, ciecie zrasta się bardzo szybko nie sprawiając problemów. Niektórzy lekarze zakładają mały szew w miejscu nacięcia, większość jednak pozwala rance zasklepić się samodzielnie. Moje kocury kastrowane są „metodą bezszwową”, i nigdy nie miałam żadnych problemów pooperacyjnych.

Kastracja kotki jest już poważniejszym zabiegiem, ponieważ w celu usunięcia jajników i macicy trzeba otworzyć jamę brzuszną. Całość oczywiście również w znieczuleniu ogólnym. Nacięcie wykonuje się wzdłuż linii białej, czyli centralnie na brzuchu, bądź na boku. Cięcie ma długość ok. 2 cm. Lekarz usuwa jajniki wraz z macicą, po czym zakłada kilka szwów. Po 10 dniach szwy zostają ściągnięte. Żeby zabezpieczyć ranę przed rozlizaniem, kotce do zdjęcia szwów zakłada się kubraczek, chociaż bywają koty zupełnie niezainteresowane raną, i te mogą biegać bez ochrony. Kotki nacinane na boku najczęściej nie wymagają kaftaników, niektórzy lekarze natomiast wolą nacięcie na brzuchu, ponieważ zapewnia ono lepszy dostęp do „zawartości”. To własnie przy cięciu bocznym lekarz często zostawia macicę, usuwając jedynie jajniki, ze względu na trudniejszy dostęp. Po zabiegu kotka otrzymuje najczęściej dwukrotnie zastrzyk z antybiotykiem, żeby na pewno nie doszło do żadnych powikłań w obrębie rany, pierwszy w dniu zabiegu, i drugi po 48 godzinach. Oczywiście nie wszędzie musi to przebiegać tak, jak opisałam, bo różni lekarze mają różne sposoby postępowania pooperacyjnego. Dobrze jest przed zabiegiem porozmawiać z lekarzem, jak przeprowadzi zabieg.

Obok – zdrowa macica wraz z przydatkami. 

Przygotowanie kota do kastracji

Kot przystępujący do zabiegu musi być zdrowy. Lekarz bardzo często zleci nam przed kastracją badania krwi, żeby mieć pewność, że nerki i wątroba pracują prawidłowo, i w trakcie zabiegu nie wydarzy się nic, co mogłoby spowodować komplikacje. U bardzo młodych kotów lekarze niekiedy odstępują od takiego badania, polegając na bardzo dokładnym wywiadzie, ale już u dorosłych powinny być przeprowadzone.

Przed zabiegiem kotu nie wolno jeść – tutaj są pewne rozbieżności co do długości takiej głodówki, ja przy zabiegu umówionym na 9 rano zabieram miski wieczorem poprzedniego dnia, o 21, czyli na 12 godzin przed operacją. Niektórzy każą ten okres wydłużyć, i kot nie powinien jeść już od popołudnia. Należy tutaj zdać się na lekarza, bo dużo zależy od tego, jakich środków użyje do znieczulania, nie ma więc co powoływać się na znajomych, tylko zastosować się do zaleceń naszego weterynarza. Woda może stać cały czas, choć niektórzy i wodę na 2 godziny przed zabiegiem każą jednak odstawić. Powinniśmy też na ten dzień wziąć wolne, a w przypadku kotki dobrze jest zapewnić jej stałą opiekę przez 2-3 dni. Dlatego najczęściej planujecie Państwo zabiegi na piątek, żeby wykorzystać dwa dodatkowe dni weekendu.

Postępowanie z kotem po kastracji

Największym wyzwaniem, pomimo wszystkich nerwów i stresów, jakie przeżywacie Państwo przed zabiegiem, jest opieka pokastracyjna. Jest ona znacznie łatwiejsza w przypadku kocurów, od nich więc zaczniemy. Zabieg u kocura jest dość prosty, więc zmagamy się najczęściej jedynie ze skutkami narkozy.

Pamiętamy, żeby kota odbierać wybudzonego! Oczywiście będzie dalej przysypiał, ale powinien reagować na dotyk, ja odbieram koty z kiwającymi się głowami, ale nie mam wątpliwości, że są wyprowadzone z narkozy. Niekiedy lekarze oddają nam śpiącego kota twierdząc, że w domu się obudzi – nie zgadzajmy się na to, nie potrafimy ocenić, czy kot po prostu długo śpi, czy coś się z nim dzieje. Jeśli lekarz nie ma warunków do przetrzymania kota do pełnego wybudzenia, szukajmy innej przychodni do przeprowadzenia kastracji. Z doświadczenia wiem, że z wieloma lekarzami kontakt po zabiegu jest utrudniony, i z wszelkimi niepewnościami pozostajecie Państwo sami. Nie doradzałabym też umawiania się na zabieg w godzinach popołudniowych – wybudzanie i najtrudniejsze godziny przypadną na noc, gdy przychodnia będzie już zamknięta, a telefon lekarza może okazać się wyłączony.

Kot po narkozie wygląda dość upiornie, niby patrzy, ale wzrok jest błędny, niby chodzi, ale zatacza się i przewraca. Mogą zdarzyć się wymioty (to dlatego nie dajemy kotu jeść przed zabiegiem, żeby mieć pewność, że nie zachłyśnie się w razie wymiotów treścią żołądkową), niekiedy kilkakrotne. Kot może się zsiusiać w niekontrolowany sposób, chociaż najczęściej zdarza się to jeszcze u lekarza, w domu spróbuje trafić do kuwety, ale może się okazać, że jednak nie da rady, i siku wyląduje na kocyku. To nie jest nic niepokojącego. Kotu może też być zimno po narkozie – to normalny objaw, przykrycie kocykiem, ciepła poduszka pod łapki a pewno okażą się tu pomocne. Najczęściej już na drugą dobę, a często i w pierwszej, kocury zaczynają normalnie funkcjonować, podchodzą do jedzenia, picia, nie są może w najlepszym nastroju, ale szybko dochodzą d siebie. Ranka na mosznie zasklepia się bardzo szybko, jeśli kot nie wykaże nią nadmiernego zainteresowania i nie „rozliże”, po kilku dniach nie będzie po niej śladu, no może lekko wygolone miejsce.

W przypadku kotki opieka wygląda trochę poważniej. Mamy do czynienia ze szwem na brzuchu bądź na boku. Postępowania są bardzo różne, i znów proponuję dostosować wszystko do konkretnej kotki, a nie do tego, jak to było u znajomych. Postępowanie z następstwami narkozy jest takie samo, jak powyżej – czyli w miarę potrzeby zapewniamy kotce ciepło (ale nie przegrzewamy!), sprawdzamy kocyk, czy nie znalazła się na nim zawartość pęcherza, pilnujemy, żeby nie wskakiwała na zbyt wysokie meble. Mimo złego samopoczucia i zataczania się nasza kotka na pewno będzie próbowała takich akrobacji! Poza tym wszystkim, dbamy o ranę. W przypadku cięcia na brzuchu lekarz zapewne ubierze kotkę w kaftanik. Co do kaftaników jest zawsze wiele emocji, opinii typu „a mój lekarz zrobił tak, że nie trzeba było kaftanika”. Najczęściej niewiele tu zależy od lekarza, tak naprawdę wszystko zależy od kotki. Jedne są spokojne i nie interesują się zbytnio raną, inne, niestety, chciałyby tak długo pucować ją językiem, żeby jakoś zniknęła. Ja uważam, że bezpieczniej jest kaftanik założyć. Problem polega na tym, że koty go nienawidzą, nie lubią, gdy cokolwiek dotyka ich w ten sposób i krępuje. Próbując go za wszelką cenę zrzucić, potrafią zachować się w sposób mało elegancki, często sycząc i próbując nawet gryźć współczującego właściciela. Nie ruszamy nic, nie zdejmujemy, kocięta godzą się z kubraczkiem po około 2 godzinach podskoków i gonitw, dorosłe koty niekiedy są naburmuszone przez cały czas. Kot na różne sposoby będzie nas przekonywać, że kubrak jest śmiercionośny:
– będzie się w nim ciągle przewracać;
– będzie chodzić do tyłu, że do przodu niby już nie potrafi, ale chodzenie do przodu sprawdzamy stawiając miskę z ulubionym jedzeniem;
– będzie na przykład leżeć nieruchomo w pozycji „zdechł pies”, i to dosłownie, z łapami sztywno skierowanymi do góry;
– będzie jak szalony podskakiwać w celu zrzucenia tego czegoś, albo biegać z nadzieją, że odpadnie :);

Lista zapewne nie jest zamknięta.

Uważam, że bezpieczniej jest znieść te humory i przetrzymać kotkę w kaftaniku, chyba, że cięcie jest boczne i kotka naprawdę się nim nie interesuje. Rozlizana rana będzie się goić znacznie dłużej, i kot wtedy i tak trafi do kubraczka, a dodatkowo obciążony zostanie antybiotykami.

Jeszcze jedna rzecz, która Państwa często niepokoi, to szwy. Kotki bardzo różnie reagują na wewnętrzne, rozpuszczalne szwy, dużo też zależy od tego, jakich nici lekarz używa. Bardzo często w miejscu szwu tworzy sie wypukłość, małe, ale wyraźnie wyczuwalne wybrzuszenie – to normalna reakcja na nici chirurgiczne, niektóre kotki tolerują nici bardzo dobrze, i brzuszek jest płaski już po tygodniu, u niektórych trwa to dość długo, zanim wszystko się wchłonie, i taki garbik budzi niepokój. Oczywiście w razie wątpliwości pokazujemy wszystko lekarzowi na wszelki wypadek, ale zapewniam, że taka reakcja jest normalna i nie jest niczym groźnym. Prędzej czy później wszystko się pięknie wchłonie, nici się rozpuszczą, brzuszek rozpłaszczy, a blizna zniknie w gąszczu odrastających włosków 🙂

W jakim wieku kastrować kota

To budzi chyba najwięcej emocji, i sami lekarze są tu bardzo podzieleni, strasząc chorobami, przy czym jedni straszą nimi, jeśli kastracja wykonana zostanie wcześnie, a inni, gdy późno. Na szczęście mamy coraz więcej badań, które obalają wiele mitów związanych zarówno z samą kastracją, jak i terminem jej wykonania. Już coraz mniej lekarzy obarcza kastrację winą za choroby dolnych dróg moczowych (SUK), bo po przebadaniu wielu kotów okazało się, że cierpią na nie w równym stopniu zarówno koty kastrowane, jak i niekastrowane. Innym problemem zgłaszanym do niedawna, jako skutek uboczny kastracji, była otyłość. Prawdą jest, że koty kastrowane mają obniżony poziom metabolizmu – są spokojniejsze, mniej skore do bójek, ogólnie mniej pobudzone – ale podobnie jak my, tyją od nadmiaru bądź źle zbilansowanego jedzenia i braku ruchu. Widziałam wiele spasionych, jak najbardziej niekastrowanych kotów. Najważniejsze są tu odpowiednie żywienie i ruch.

Następny temat to kiedy – tutaj znów mamy bardzo rozbieżne zdania. Jeszcze spotyka się niekiedy ludzi uważających, że kot powinien choć raz „popróbować kotki”, a kotka choć raz powinna mieć młode. Nie jest to prawdą. Uruchamia się tylko wtedy cały łańcuch hormonów odpowiedzialnych za wiele przemian w naszym kocie, również w jego charakterze. U kotek bardzo wzrasta zagrożenie nowotworami sutka, a zmiany nowotworowe u kotów są dla nich mało łaskawe, najczęściej, niestety, są złośliwe. Tylko kastracja przed wystąpieniem pierwszej rujki zmniejsza ryzyko zachorowania praktycznie do zera. Im później wykonany zabieg, tym większe zagrożenie. W przypadku kotki doradzałabym kastrację najpóźniej w 6 miesiącu, przy czym podkreślam tu słowo „najpóźniej”, według mnie najlepiej jest, jeśli zabieg przeprowadzony zostanie jeszcze u hodowcy, i twierdzę tak na podstawie lat obserwacji kastracji moich kociąt w bardzo różnym wieku. Te pierwsze kastrowane były po ukończeniu roku, i na pewno nie byłam w tamtym czasie dobrym doradcą ani dla moich zwierząt, ani dla moich opiekunów. Obecnie kotki niehodowlane z mojej hodowli opuszczają mój dom już wykastrowane – o tzw. wczesnej kastracji napiszę za chwilę. Podobny wiek, czyli jeszcze w hodowli, doradzałabym w przypadku kocurów, jeśli natomiast odbieracie Państwo kotka niewykastrowanego, absolutnie nie zwlekałabym z zabiegiem dłużej niż do 6. miesiąca. Na pewno nie należy czekać, aż kot zacznie znaczyć – nie ma takiej potrzeby, i zupełnie niczemu to nie służy.

Kocięta niehodowlane w coraz większej ilości hodowli, w tym również z mojej, wychodzą do nowych domów już po zabiegu kastracji, która budzi wiele emocji, i spotyka się z ostracyzmem ze strony wielu osób, również lekarzy. Jeśli mają Państwo zbyt wiele wątpliwości, proszę poszukać kota w hodowli, w której nie poddaje się kociąt wczesnej kastracji. Programy wczesnej kastracji były bardzo popularne już w latach 80. XX wieku w Stanach Zjednoczonych, początkowo w celu ograniczenia populacji kotów bezdomnych. Koty poddane wczesnej kastracji, czyli takiej pomiędzy 7 a 16 tygodniem życia, obserwowane były potem w celu oceny ich wzrostu czy występowania chorób. W wielu czasopismach medycznych na zachodzie już od dawna publikowane są wyniki takich badań, systematycznie uzupełniane – pierwsze pojawiły się już w roku 1993, potem pojawiały się kolejne, w latach 1996, 2000, 2001, i najczęściej cytowane z 2004 roku. Każdy kolejny raport bogatszy był o kolejne dane, ponieważ coraz starsze były koty poddawane wczesnej kastracji jako pierwsze, i było ich coraz więcej, bo z każdym rokiem obejmowane badaniami były kolejne. Ja bardzo długo zapoznawałam się z danymi, i nie ukrywam, że nie należałam do osób, które szybko przekonały się do kastrowania kociąt przed wydaniem do nowego domu. Długo zapoznawałam się z opiniami lekarzy, z wynikami badań, ważyłam wszystkie za i przeciw. W moim przypadku kastrowane są kocięta po ukończeniu 14 tygodniowe, czyli w wieku 3,5 miesięcy. Bardzo trudno jest upowszechniać wiedzę na temat wczesnej kastracji, ponieważ nie ma właściwie żadnych opracowań w języku polskim, dostępne są tylko wspomniane przeze mnie artykuły w języku angielskim. Poniżej omawiam najważniejsze zarzuty stawiane kastracji jako takiej, szczególnie tej wczesnej. 

Otyłość

Jak już napisałam wyżej, otyłość wynika ze źle zbilansowanej diety i braku ruchu. Właścicielom kotów wydaje się, że kot to zwierzę leniwe, większość czasu śpi, i nie wymaga jakiegoś szczególnego zajęcia. To prawda, że kot przesypia lwią część doby, ale w okresie aktywności wymaga ruchu i stymulacji. Mając świadomość, że kastrowane zwierzę może mieć obniżone tempo przemian metabolicznych tym bardziej trzeba zadbać o odpowiednie żywienie i ruch, zabawę, aktywność. Takie samo spowolnienie będziemy obserwować u niekastrowanych zwierząt po kilku latach, w wyniku dojrzewania a potem starzenia się. Widziałam wiele niekastrowanych, otyłych kotów. Mam w domu dwie kastratki, które nie są otyłe, a dzięki nim i mnie łatwiej jest zadbać o linię, biegając regularnie ze sznureczkiem jako ofiara, na którą mogą codziennie polować 🙂

Wzrost

Bardzo dużo osób boi się, że kastrowane zwierzę nie rozrośnie się tak, jak jego niekastrowany brat/siostra. Że jego kościec nie osiągnie odpowiednio dużych rozmiarów. Wzrost, wielkość, typ kośćca danego zwierzęcia „zaprogramowany” jest w genach, oczywiście nieodpowiednie żywienie czy zaniedbanie może ten rozwój zaburzyć, ale na pewno nie kastracja. Wystarczy przejść się po jakiejś wystawie kotów, na której 80% kotów to przecież zwierzęta niekastrowane, i popatrzeć, jak różnych są rozmiarów i budowy koty tej samej przecież rasy. My, ludzie, też dorastamy do różnych rozmiarów, w różnym tempie, chociaż nikt nas nie kastruje 🙂 Należy natomiast mieć świadomość, że koty kastrowane rosną wolniej (chociaż niektóre moje 6 kilogramowe smoki przed ukończeniem pierwszego roku nie do końca się w ten schemat wpisują), i mając tego świadomość, tym bardziej zadbać o odpowiednie żywienie, i cierpliwie czekać na wzrost. Odsetek kotów z mniejszą/większą głową, o mniejszych/większych rozmiarach, itp., jest podobny we wszystkich grupach kotów, tych niekastrowanych, kastrowanych jako dorosłe, i kastrowanych wcześnie.

Choroby dolnych dróg moczowych

Tutaj za każde niemal schorzenie do niedawna obwiniana była kastracja. Obecnie wiemy już, że skłonności do SUK, czy tworzenia się piasku w pęcherzu, uwarunkowane są genetycznie, a rozwojowi tych schorzeń wybitnie sprzyja nieprawidłowa dieta, zbyt małe spożycie wody i brak ruch. Koty z takimi skłonnościami znajdziemy zarówno wśród zwierząt niekastrowanych, jak i kastrowanych, a ich odsetek jest podobny we wszystkich grupach bez względu na wiek kastracji. Nieważne jest więc, czy nasz kot jest kastrowany czy nie – w każdym przypadku należy okresowo wykonywać badanie moczu, bo to jedyny sposób na szybkie wyłapanie czy nasz kot ma skłonności do problemów z drogami moczowymi. Jeśli tak jest, należy zmodyfikować dietę aby zadbać o odpowiednie pH moczu, przypilnować odpowiedniego spożycia wody, zapewnić odpowiednią dawkę ruchu i przyjrzeć się, czy naszemu mruczkowi nie dokucza przewlekły stres. Najważniejsza jest, jak zwykle, wiedza, znajomość „słabych punktów” naszego kota. Zbadanie moczu raz na pół roku jest naprawdę niekłopotliwe, niebolesne, i nie jest badaniem drogim, a daje nam najważniejszy oręż w walce z ewentualnymi schorzeniami dróg moczowych, wiedzę o naszym kocie. Z całą pewnością to nie kastracja winna jest wszelkiemu złu kociego świata, największym sprzymierzeńcem i winowajcą w problemach dróg moczowych jest przewlekły stres.

Temperament

Koty kastrowane są w większości spokojniejsze, mniej zaczepne, zgodniejsze i bardziej „przytulne”. Tutaj zmiany rzeczywiście są trochę związane z wiekiem kastracji. Koty wcześnie wykastrowane po prostu rosną, powiększają się, natomiast psychicznie pozostają kochanymi dziećmi swoich właścicieli. Nie przeżywają burzy hormonalnej związanej z dorastaniem, nie odczuwają żadnych emocjonalnych rozterek, nie odsuwają się od właściciela w wyniku ciągotek związanych z poszukiwaniem partnera. Emocjonalnie koty wykastrowane jako kocięta, jeszcze u mnie w hodowli, to najstabilniejsze z moich kotów. Na pewno nie ma sensu czekanie na pełną dojrzałość kotów, które i tak nie będą rozmnażane, i uzależnianie od tego terminu kastracji. Problemy ze zmianą temperamentu, często odsunięciem się od domowników, i to nawet na 2-3 miesiące, pojawiają się u kotów późno kastrowanych, zapewne ze względu na gwałtowny spadek hormonów po kastracji w okresie, gdy ich poziom był bardzo wysoki. Oczywiście nie jest to sztywną regułą, ale wielu właścicieli zgłaszało mi taki problem po kastracji przeprowadzanej po osiągnięciu dojrzałości. Przy późno wykonanej kastracji często też obserwujemy zaburzenia w apetycie, okresowe spadki na wadze i zachowania depresyjne. Na szczęście prędzej czy później wszystko wraca do normy.

 


autor: Dorota Szadurska

Czym jest koci rodowód

Osoba niezorientowana w przepisach i innych sprawach związanych z hodowlą kotów na pewno początkowo czuje się zagubiona w gąszczu ofert i propozycji dotyczących sprzedaży i ceny kota rasowego. Myślę, że warto zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństw i manipulacji na jakie możecie Państwo być narażeni szukając dla siebie pupila. Mechanizmy tu przedstawione nie różnią się zresztą od stosowanych wobec nas wszystkich przy kupowaniu jakiegokolwiek innego dobra. Wtedy też stajemy przed dylematem czy kupić produkt markowy, czy „podróbkę”. Przy każdym zakupie ścierają się dwie przeciwstawne siły: sprzedającego który wycenia swoje wyroby, i kupującego, któremu zawsze wydaje się, że to za drogo. To naturalna kolej rzeczy.

Nie będę tu przekonywała nikogo o wyższości kota rasowego nad nierasowym, bo przypominałoby to słynne już i znane wszystkim dywagacje na temat wyższości Świąt Wielkanocnych nad Bożym Narodzeniem. Jeśli nie jesteście Państwo zdecydowani czy w ogóle kupować rasowego kota, jakie są tego zalety i wady, odsyłam na stronę Kupno kota. Kot domowy, nierasowy, pod warunkiem że wychowany przy człowieku i odpowiednio zsocjalizowany będzie takim samym wiernym i wdzięcznym towarzyszem jak jego rasowy kuzyn, chociaż może nie zawsze będzie wyglądał tak efektownie. Ta strona przeznaczona jest dla tych, którzy są przekonani że kot MA być rasowy, bez względu na to jaka to rasa. Rodowód jest jedynym dokumentem potwierdzającym pochodzenie kota, a w przypadku kota rasowego – jego rasę. Jest jego dowodem osobistym, świadectwem urodzenia.

Od 1 stycznia 2012 roku kwestie rodowodowe trochę się skomplikowały. Od tego dnia obowiązuje w Polsce znowelizowana ustawa o ochronie zwierząt. Na jej mocy zabronione jest rozmnażanie i handel zwierzętami które nie mają rodowodu, czyli niezgodna z prawem jest sprzedaż psów i kotów spoza zarejestrowanych hodowli, bo tylko takie mają prawo wystąpić o wydanie rodowodu. Ustawa ta miała ukrócić pokątne rozmnażanie zwierząt – niestety, ustawodawca nie określił kto ma prawo wyrabiać rodowody, nie określił też jakie warunki taki rodowód musi spełniać. Oczywiście związki hodowców kotów, podobnie jak psów czy innych zwierząt, już od dawna opisują jak musi wyglądać rodowód, ile pokoleń musi zawierać, i jakie zwierzę można nazwać rasowym, ale zasady te nie zostały zastosowane w nowej ustawie.

Skutek jest taki, że właściciele zwierząt bez rodowodu, chcąc nadal zajmować się rozmnażaniem nierodowodowych zwierząt (bo problem dotyczy również psów), zaczęli zrzeszać się w stowarzyszenia bądź kluby i drukować własne dokumenty, które również nazywają rodowodami. W papierach tych mamy często jedynie rodziców, i to bez udokumentowanej konkretnej rasy, czyli nasz kociak będzie dzieckiem Roksany i Puszka, którzy na podstawie podobieństwa większego lub mniejszego zostali uznani za kota danej rasy. Taki papier nie zostanie uznany przez żaden koci związek, kot nie zostanie przyjęty na żadną wystawę jako kot rasowy, i – co najważniejsze – nie gwarantuje nam w żaden sposób, że kot jest danej rasy.

 

Definicja rasy:
Kot jest rasowy, jeśli może udokumentować, że w co najmniej 5 poprzedzających go pokoleniach posiada jedynie koty danej rasy, oznakowane, zarejestrowane, i zapisane w księgach rodowodowych.

 

Księgi rodowodowe to taki koci Urząd Stanu Cywilnego. Czy wyobrażacie sobie Państwo, że ktoś na podstawie tego tylko, że twierdzi, że jego rodzic miał przygodę z księciem Walii, otrzyma jego nazwisko i zostanie przyjęty do rodziny? Księga Rodowodowa to dokument, w którym zapisywane są kolejne pokolenia kotów danej rasy, i można prześledzić przodków danego kota znacznie dalej, niż tylko przez 5 pokoleń – 5 pokoleń to zapis, jaki dostajemy w postaci rodowodu, to taki „wyciąg z aktu urodzenia”, w rzeczywistości historia każdego kota, urodzonego w hodowlach zarejestrowanych przez działające zgodnie ze światowymi standardami stowarzyszenia, jest znacznie dłuższa.

Wyciąg z regulaminu hodowlanego FIFe:

„Księga rodowodowa to pełny, kompletny rejestr kotów. Do rejestracji wymagana jest pełna informacja o kocie, tzn. imię kota, przydomek, pełny numer rejestracyjny łącznie z identyfikacją organu rejestrującego, płeć, pełny kod EMS, i data urodzenia. Dla kotów urodzonych po 01.01.2007 wymagany jest kod identyfikujący obojga rodziców (chip najczęściej – przypis mój), zgodnie z artykułem 3.4, i musi on być zarejestrowany w księdze rodowodowej (…). Wydruk fragmentu księgi odnoszącego się do danego kota jest jego rodowodem .”

Organizacje działające w Polsce zgodnie z tymi standardami to związki zrzeszone w FIFe, WCF i TICA. Nie będę tu wymieniała wszystkich należących do nich klubów i stowarzyszeń, bo jest ich dużo, ale rodowód każdego z nich będzie miał logo którejś z tych właśnie organizacji. Logo FIFe i reprezentującej ją w Polsce FPL znajduje się na prawie każdej zakładce mojej strony, w prawym panelu, tuż pod nagłówkiem strony. Logo takie, bądź innego z 3 wymienionych przeze mnie związków powinno znaleźć się na stronie hodowli w której ewentualnie chcecie Państwo kupić kota, jeśli ma to być rodowód potwierdzający rasę, czyli dokumentujący 5 pokoleń poprzedzających danego kota. Standardów tych trzymają się wszystkie stowarzyszenia zrzeszone w WCC (World Cat Federation).

Loga federacji stowarzyszonych w World Cat Congress, od lewej FIFe, TICA i CFA

Przekładając to na język praktyczny, kupując kota musicie Państwo sprawdzić jego rodowód, ile ma udokumentowanych pokoleń i z jakiej organizacji pochodzi. Moja organizacja nie zarejestruje kota spoza WCC, bo taki obowiązuje w niej regulamin – to znaczy, że z kotem z niepełnym rodowodem nigdy nie założycie Państwo hodowli w moim rodzimym FPL bądź siostrzanym PZF, i nigdy nie pojedziecie z nim na nasze wystawy. Księgi rodowodowe i standardy nam narzucane są bardzo rygorystyczne, i nie pozwalają na rejestrowanie kotów z niepełnym pochodzeniem. 

Niestety, wielu z nas padło już ofiarami oszustów którzy wiedząc, że nie mogą sprzedawać kociąt nie posiadając hodowli, piszą na portalach ogłoszeniowych dane skradzione z naszych stron. Proszę zawsze uważnie sprawdzać dane podawane na wszelkiego rodzaju tablicach ogłoszeniowych. Każda szanująca się hodowla prowadzi stronę, a w każdym razie powinna ją prowadzić. Jeśli macie Państwo jedynie dane w rodzaju numeru telefonu, doradzałabym rozwagę. Jeśli ogłoszeniodawca podaje nazwę hodowli, dobrze jest wpisać ją w wyszukiwarkę, czy rzeczywiście istnieje, a jeśli tak, to czy jest to faktycznie dana hodowla (zdjęcia kociąt, czy w ogóle ma w danej chwili kocięta, nazwa mojej hodowli co najmniej dwukrotnie wykorzystana została w takich właśnie fałszywych ogłoszeniach).

„Kot rasowy bez rodowodu”

Coraz powszechniejsze stają się ogłoszenia typu „sprzedam rasowego kota bez rodowodu”. Chciałabym, żebyście Państwo byli świadomi, dlaczego koty takie nie posiadają rodowodów, bo ilość tłumaczeń przyprawia o zawrót głowy, a cena wcale nie jest taka niska, bo obecnie za zwierzęta bez rodowodu sprzedający życzą sobie nawet do 1000 zł. 

Kocięta bez rodowodów nie pochodzą z zarejestrowanej hodowli, bez względu na to, co napiszą ich właściciele, że „prowadzą domową hodowlę”, czy że „hodowanie to tylko ich hobby”, itp. 

Powód najbardziej banalny to złamanie warunków umowy. Nawet w uznanej hodowli może urodzić się kociak nie spełniający w pełni standardu rasy, podobnie jak i my nie wszyscy rodzimy się wysokimi brunetami o kasztanowych oczach, czy efemerycznymi blondynkami o powłóczystym spojrzeniu. Kota takiego sprzeda się często taniej, ale zawsze powinien on mieć rodowód, na którym hodowca może zastrzec, że kot NIE JEST PRZEZNACZONY DO HODOWLI. Takiego kota nie zarejestrujemy w żadnym związku jako kota hodowlanego, ponieważ rodowód będzie pierwszym dokumentem o który nabywca zostanie poproszony. Niekiedy zapis nie znajduje się na rodowodzie, a jedynie w umowie. Jeśli nabywca złamie jej warunki i rozmnoży takiego kota, nie będzie miał rodowodów, ponieważ nie ma ich gdzie wyrobić. Pomijając już fakt, że jest to złamanie umowy cywilnoprawnej, Państwo jesteście dodatkowo oszukiwani różnymi wymyślnymi kłamstwami, dlaczego to akurat ten kociak nie ma rodowodu, ale na pewno jest rasowy. Decydując się na kupno kociąt po rozmnożonej kotce kupionej jako niehodowlanej, postępujecie Państwo tak, jakbyście kupowali w prywatnym garażu samochód, który na pewno jest mercedesem, tylko złożonym prywatnie, no i w związku z tym bez gwarancji. Złożonym prywatnie z części kupowanych na giełdzie – a może z użyciem skradzionego z Państwa samochodu znaczka potwierdzającego markę? Niekiedy tacy sprzedawcy zarzekają się, że mogą pokazać rodowody rodziców kociąt, ale na wyraźną prośbę kontakt się zazwyczaj urywa, myślę, że to dlatego, że w rodowodach jest zaznaczone, że kot-rodzic nie jest hodowlany, albo tych rodowodów po prostu nie ma.

Kupując kocięta po tak rozmnażanych kotach narażacie się Państwo na inne konsekwencje niż tylko wspieranie nieuczciwych postaw. Bardzo często hodowca zastrzega, że dany kot nie jest przeznaczony do hodowli, bo zbyt odbiega od standardu, albo po prostu ma jakąś wadę. Wada nie musi dotyczyć jedynie wyglądu, może dotyczyć zdrowia (skłonność do alergii, jakichś chorób), ale może też dotyczyć zachowania, niestabilności emocjonalnej. Poprzez pokątne rozmnażanie takiego kota z pupilem sąsiadów, który też „na pewno jest rasowy”, właściciele utrwalają niepożądane cechy, a Państwo otrzymujecie coś innego, niż byście oczekiwali. W hodowlach przed pokryciem danej kotki bardzo dokładnie analizuje się rodowody jej i jego, żeby utrwalać w potomstwie jak najlepsze cechy. Jeśli nie ma rodowodu, nie wiadomo, jakich przodków ma nasz kot, i jakich kociąt w związku z tym możemy się spodziewać.

Ostatni powód, dla którego wiele „rasowych kociąt bez rodowodu” go nie ma, jest już bardzo prozaiczny – one po prostu nie są rasowe. Zdarza się tak niekiedy, jeśli właściciele nie poddają swojego kota kastracji. To ciągle spory problem, bo wiele osób nie przywiązuje należytej wagi do kastracji, i aktywne seksualnie koty mogą swobodnie wychodzić na dwór. W takiej sytuacji nie ma szans, żeby nie przytrafił się przychówek, którego potem trzeba się jakoś „pozbyć”. Koty takie najczęściej są bardzo podobne do swojego rasowego rodzica (zresztą kocięta są w ogóle do siebie podobne, a w takich sytuacjach wypycha się kocię jak najszybciej, zanim zacznie przypominać kota, jakim będzie gdy dorośnie). Pisze się wtedy, że ojcem jest „piękny przedstawiciel rasy”, a niekiedy daje się jako dowód zdjęcie skradzione ze strony jakiejś hodowli, takie kradzieże dotknęły i mnie. Papier wszystko przyjmie, jak mówi przysłowie.

Co najczęściej powie nam sprzedający

Powód pierwszy: Kot nie ma rodowodu, bo nie stać mnie na rodowód / rodowód podniósłby cenę kota, itp.


Rodowód jako „wyciąg” z naszej hodowlanej pracy, zarejestrowanej w stowarzyszeniu prowadzącym wielopokoleniowe i wieloletnie księgi rodowodowe kosztuje 30-40 złotych, myślę, że to wystarczy, żebyście Państwo wyrobili sobie sami zdanie na temat jego wpływu na cenę kota. Jeśli kot ma być tańszy o koszt wyrobienia rodowodu, to przykładowo przy cenie 1500 zł powinien kosztować 1460 zł. To różnica uwzględniająca cenę za wyrobienie kotu rodowodu.

Powód drugi: Kot nie ma rodowodu, bo był 6 (7, 8, liczby które tu padają są bardzo różne).


KAŻDY kot pochodzący z zarejestrowanej hodowli dostanie rodowód, nawet jeśli urodzi się bez nogi. Liczba kociąt nie ma tu żadnego znaczenia. W rodowodzie, jak napisałam wyżej, może być odnotowane, że kot z takiego czy innego powodu nie jest przeznaczony do hodowli, ale rodowód MUSI BYĆ.

Powód trzeci: Kot nie ma rodowodu, bo sprzedającego nie stać na zakładanie hodowli i wyjazdy na wystawy


Rejestracja hodowli nie jest jakimś skomplikowanym i niezwykle kosztownym procesem. Do niedawna nie trzeba było nawet rejestrować przydomka hodowlanego – to rzeczywiście już się zmieniło, i obecnie przydomek jest już wymagany. Procedura jest jednak bardzo prosta, należy zapisać siebie i kota do klubu felinologicznego, i zarejestrować przydomek. Kiedyś trzeba było chociaż raz pojechać na wystawę, na jeden dzień, żeby uzyskać licencję na dwa lata, bądź na dwa dni, jeśli licencja miała być dożywotnia. Obecnie znaczna większość klubów nie wymaga już licencji hodowlanej, wystarczy sama rejestracja. Jeśli klub wymaga licencji,kot zostaje oceniony na wystawie, ale nie musi nic wygrać, musi być jedynie obejrzany przez sędziego w celu oceny budowy, zgodności ze standardem rasy i wykluczenia wad, o których wyżej pisałam, czyli musi uzyskać ocenę doskonałą (Ex), nieważne, z jaką lokatą, pierwszą czy ostatnią. Po tym można już kotkę kryć, a jej kocięta będą miały prawo do rodowodów. Na pewno nie trzeba zdobywać tytułów, żeby prowadzić legalną hodowlę. Hodowcy robią to, bo hodowanie jest swego rodzaju pasją, staramy się hodować koty jak najpiękniejsze, i wystawa jest testem naszych umiejętności. Poza tym, wystawy są doskonałą okazją do wymiany doświadczeń. No i nie da się ukryć, że zdobywanie przez kota tytułów jest potwierdzeniem ich „jakości”, co faktycznie staje się często elementem podnoszącym cenę, chociażby ze względu na koszty wyjazdów, nie wspominając już o prestiżu.

Powód czwarty: Kot nie ma rodowodu, żeby kupujący nie musiał go wystawiać (taka troska).


To jedna z największych bzdur, o jakich słyszałam. Rodowód do niczego nie zobowiązuje. Jest dokumentem, który potwierdza rasowość kota, możecie go Państwo włożyć do szuflady albo oprawić w ramkę i powiesić w widocznym miejscu do podziwiania. Nie zobowiązuje Państwa do absolutnie niczego, no może do zapamiętania oryginalnego imienia kota, bo najczęściej kot w nowym domu otrzymuje też nowe imię.

Powód piąty: Kot nie ma rodowodu, bo nie każdego stać na wydanie 2500 zł, a u mnie kot kosztuje 700.


Już napisałam, jaki jest związek finansowy pomiędzy kotem z rodowodem a bez. Jeśli mi się spodoba, mogę swojego kota oddać nawet za darmo, ale nadal kot ma prawo do rodowodu. W rodowodzie zastrzeżenie, itp. Każdy ma prawo do dobrego serca, ale to nie znaczy, że kupujący ma dostać wybrakowany towar, bo wtedy nie ma to nic wspólnego z dobrym sercem, a sprzedający jest zwykłym oszustem manipulującym kupującym. Jak większość cen, tak i cena kota rasowego podlegać może negocjacjom. Znam osoby, które otrzymały kota rasowego za symboliczną złotówkę – ale nawet wtedy otrzymały kota z rodowodem.

Na koniec zostawiłam jeszcze jeden przypadek: Kot z zarejestrowanej hodowli bez rodowodu, „żeby był tańszy”. To już na szczęście rzadkość, ale ciągle się zdarza. Nie wolno zarejestrowanemu hodowcy wydawać kota bez rodowodu, nieważne są tu obostrzenia. Nie ma to być ksero, albo odpis – ma być rodowód. Jeśli hodowca z przydomkiem proponuje Państwu tańszego kota w zamian za to, że nie da rodowodu, ja proponuję takiego hodowcę zgłosić do jego macierzystego klubu. Rodowód jest własnością i kartą identyfikacyjną naszego kota, i należy nam się w dniu odbioru razem z nim. Niekiedy zdarza się poślizg przy wyrabianiu dokumentów, z różnych powodów, niekiedy trzeba poprawić błąd popełniony przy wystawianiu karty miotu uprawniającej do rodowodu, i rodowody nie dotrą na czas odbioru. Hodowca ma jednak obowiązek je dosłać niezwłocznie po otrzymaniu, zapis taki musi znaleźć się w umowie kupna, a Państwo macie prawo ponaglać swojego hodowcę, gdyby miał „dziurawą głowę” (jak niekiedy ja 🙂 )

Oczywiście decyzja, jaką Państwo podejmiecie, należy do was, ale dobrze jest pamiętać o tym, że jej konsekwencje będą dla Was wiążące nawet przez następne 15 lat. Koty bez rodowodu kuszą niższą ceną w stosunku do tych z hodowli, a pieniądz potrafi być bardzo twardym negocjatorem, ale właśnie z powodu pieniędzy osobiście nie zdecydowałabym się na kupno kota, o którym będę musiała mówić, że „na pewno jest rasowy”. Zresztą cena kotów bez rodowodu rośnie, i zaczyna być już nie tak bardzo dużo niższa od ceny kota rodowodowego. Jeśli rozłożymy różnicę w cenie na te 15 lat, to okaże się, że więcej dopłacamy do sprzętów, które zawsze przecież można wymienić, a kot jest członkiem naszej rodziny, nie idziemy i nie wymieniamy go na inny model. Ja kupując swoją kotkę też nie byłam do końca przekonana, czy będę chciała zakładać hodowlę, ale szukałam takiej kotki i podpisałam taką umowę, żebym w każdej chwili mogła podjąć taką decyzję, jaka będzie mi odpowiadała. Wiązało się to z wyższą niż przeciętna ceną, ale nie żałuję ani jednej złotówki. Dzięki temu byłam osobą wolną w swoich wyborach, i uczciwą wobec mojego hodowcy. To miłe mieć poczucie, że postępuje się uczciwie.


autor: Dorota Szadurska

W poszukiwaniach swojego ukochanego kota błądzimy wśród ogłoszeń internetowych, stronach klubów i hodowli… Czasem aż głowa boli od natłoku informacji, przez jakie musimy przebrnąć, aby znaleźć najlepszą hodowlę, z której wybierzemy swojego kociaka. Ale warto !! Im więcej informacji, tym większa nasza wiedza. Przy poszukiwaniu pierwszego kota jest najgorzej. Niby od 1 stycznia 2012 roku kupując kota rasowego powinniśmy mieć pewność, że jest ona rasowy, bo kupiony z hodowli i z rodowodem. O tym jak rozpoznać, czy „hodowla” jest prawdziwą hodowlą pisaliśmy w artykule ZANIM KUPISZ KOTA.

Serdecznie polecamy uważne przeczytanie wyżej wspomnianego artykułu.

SZAŁ ZAKUPÓW – czyli czego potrzebuje nasz dom, my i nasz kot przed pojawieniem się pierwszego kota w naszej rodzinie

Wybraliśmy już ukochanego kociaka z właściwej hodowli. Być może część z Was zakupiła też książkę o kotach i przeczytała ją „od deski do deski”. I co dalej? Kociak pojawi się za trzy miesiące, a może już za miesiąc. Czekanie…to coś czego nikt z nas nie lubi. Ale w czekaniu na wymarzonego kociaka jest też coś magicznego. Z zapałem oglądamy zdjęcia kociaka i planujemy gdzie postawić kuwetę, miseczki, drapak… Ale najpierw trzeba to wszystko kupić. A więc uprzyjemniamy sobie czas oczekiwania SZAŁEM ZAKUPÓW !! Okres oczekiwania na kociaka można porównać do okresu oczekiwania na pierwsze dziecko w domu. 🙂 A zakupy dla kociaka są równie przyjemne i podniecające. A więc do dzieła! Zróbmy listę potrzebnych rzeczy i oddajmy się SZAŁOWI ZAKUPÓW DLA UKOCHANEGO KOCIAKA!

Dla ułatwienia poszukiwań odpowiednich rzeczy w gąszczu sklepów internetowych przedstawiamy listę rzeczy potrzebnych bardziej lub mniej. 😉 Wszystkie (lub większość) z tych akcesoriów sprawdziliśmy w naszym domu i przy pielęgnacji naszych kotów. Niech ta lista będzie dla Was inspiracją do udanych zakupów dla Waszego kociaka. Listę akcesoriów będziemy uzupełniać na bieżąco, jeśli coś nowego wpadnie w nasze ręce, a nasi wykwalifikowani koci testerzy sprawdzą użyteczność danej rzeczy. 🙂

BEZPIECZEŃSTWO

ZABEZPIECZENIE BALKONU I OKIEN to podstawowa sprawa, o której powinniśmy pomyśleć. Nasz kot, nawet ten najbardziej ospały,ma w sobie coś z dzikiego łowcy i może się zdarzyć, ze zainteresują go ptaszki na balkonie, czy parapecie okna… Ptaszki potrafią fruwać, nasz kot niestety nie. Dlatego musimy pomyśleć o właściwym zabezpieczeniu naszego pupila.
Do zabezpieczenia okien najczęściej wystarczy zamówić moskitiery okienne. Zamawiamy je w tym samym miejscu, gdzie kupujemy okna do domu. Moskitiery te są mocne, siatka w nich jest metalowa i mocna. Nawet jeśli nasz kociak będzie się po niej wspinał, taka metalowa siatka w moskitierze wytrzyma wiele. Moskitiery możemy założyć w oknach, które najczęściej otwieramy. Oczywiście przed zamówieniem zalecam popytać o materiały, z których w danej firmie produkowane są moskitiery! Siatka w nich musi być wytrzymała – pamiętajmy o tym. Warto pomyśleć o zabezpieczeniu okien uchylnych – np taką kratką:

1. kratka do okien uchylnych

Kratkę można zamontować na górze lub na dole okna, łatwy montaż.

2. balkon

Balkon to już większe przedsięwzięcie. Na rynku znajdą Państwo wiele firm oferujących swoją pomoc w zabezpieczeniu balkonu – od montowania siatek (takich ogrodzeniowych) na specjalnych stelażach, po zabudowanie balkonu „oknami”, szybami, przez które kotek może sobie bezpiecznie oglądać świat. Może i pomysł zabudowania balkonu szybami wydaje się najbardziej estetyczny i elegancki, ale … ma niestety wielki minus – koty nie mają dostępu do świeżego powietrza, a przecież nasz pupil uwielbia wylegiwać się w promieniach słońca, czując wiatr w wąsach 🙂 Dlatego my polecamy firmę Sieci Korsze, która od lat produkuje sieci rybackie, ale też od jakiegoś produkuje specjalną siatkę sznurkową (z mocnego, wytrzymałego sznurka) do zabezpieczenia balkonów dla naszych ulubieńców. Wystarczy zadzwonić i powiedzieć, że chcemy zabezpieczyć balkon dla kota,a bardzo mili pracownicy firmy udzielą nam wszelkiej pomocy i instrukcji jak wymierzyć balkon i zamówić odpowiedni produkt. Siatkę taką montujemy sami lub przy pomocy uprzejmego sąsiada ;), wystarczy w markecie budowlanym kupić skręty zakończone haczykami i zaciski do kabli. Wiertarką wiercimy otwory na wkręty z haczykami na suficie balkonu i w ścianach z góry na dół, siatkę rozciągamy mocno, wieszając ją na haczykach. Na dole siatkę mocujemy do barierek za pomocą zacisków do kabli. Jeśli mamy dużą przestrzeń między dołem barierki a podłogą balkonu zalecam wkręcić kilka haczyków w podłogę i zamocować na nich siatkę. Takie zabezpieczenie balkonu będzie nas kosztować około 20 zł/m2 (koszt siatki +przesyłka, haczyków, zacisków). A nasz kot będzie mógł bezpiecznie spędzać czas na łapaniu wiatru w wąsy. 🙂

Opracowanie: Estera Rabiniak, Polska 2012, www.estibri.pl

ZABAWA

Każdy kot jest jak dziecko. Uwielbia zabawy. Warto poświęcić swoim kotom przynajmniej kilkanaście minut dziennie na wspólną zabawę – przez zabawę nawiązujemy silną więź ze swoim kotem. Kot rozładowuje nagromadzoną energię i spokojnie prześpi całą noc. W swoim domu wypróbowaliśmy wiele zabawek – z jednych koty chętnie korzystają z innych wcale. Wymieniamy tutaj te, bez których nasze koty nie mogą się obejść.

1. piłeczki

Najwspanialsze są te mięciutkie, piankowe (firmy Trixie), które odbijają się od podłogi; koty moga je nosić w pyszczku, rzucać nimi, odbijać od mebli i podłogi, można te piłeczki wykorzystać do nauki aportowania. 🙂

2. piórka

to coś bez czego koty nie mogą żyć 😀
warto kupować w zestawach, ponieważ jedno piórko może nie wystarczyć na długo 😉

3. laserek – wspaniała zabawa, gonitwa i polowanie na tajemniczą kropkę potrafi pochłonąć naszego ulubieńca nawet na kilkadziesiąt minut; na rynku można znaleźć wiele modeli w różnych cenach, warto zainwestować w laser na baterie paluszki – będzie dłużej działał, a baterie będą tańsze niż te małe zegarkowe;

4. tunel/ tor z kulką

super zabawka dla małych i dużych kotów, choć najczęściej szaleją w nim młodsze kociaki, warto kupić dwa zestawy, które można łączyć w dowolny sposób i robić różne konstrukcje toru dla kulki;

5. tunel szeleszczący

nieodłączne miejsce zabaw w chowanego 🙂

6. zabawka „ser”

w środku są piłeczki z dzwoneczkami, kot próbuje wyciągnąć piłeczki przez otwory – ulubiona zabawka kociąt

Zdjęcia produktów pochodzą ze strony www.zooplus.pl – sklepu internetowego z akcesoriami i karmami dla zwierząt. Wystarczy kliknąć na zdjęcie, aby przenieść się na stronę danego przedmiotu w sklepie Zooplus. Osobiście sprawdziliśmy ten sklep i często robimy w nim zakupy. Z czystym sercem możemy go polecić do zakupu karm i akcesoriów. Oczywiście jak już wspominaliśmy – zalecamy przed zakupem porównać ceny z innymi sklepami internetowymi.

DRAPAK DLA KOTA

W każdym domu z kotem musi być drapak. To jedna z podstawowych rzeczy jaką musimy kupić zanim kotek przyjedzie do nas. Mimo przycinania pazurków, każdy kotek lubi sobie trochę podrapać. Kotek już w hodowli uczy się, że do ostrzenia pazurków służy drapak, a nie meble. Jeśli chcemy ustrzec się zniszczenia mebli, warto zainwestować w solidny drapak dla kota.
Na rynku można znaleźć wiele firm produkujących drapaki. W internecie aż roi się od drapaków. Znajdziemy drapaki już od 50 zł. Ale czy warto kupić taki drapak? Kot rosyjski to kot średniej wielkości. Dorosłe kotki ważą od 3 do 4 kg, a kocury od 3 do 5 kg. Drapak musi udźwignąć ten ciężar, a zarazem zapewnić kotu bezpieczeństwo podczas skoków na drapak i z drapaka. Musi być stabilny. Na drapaku nie warto oszczędzać. Zakup dobrego drapaka to inwestycja na całe lata. Owszem taki drapak kosztuje kilkaset złotych, ale kupimy go raz na kilka lat, zamiast kupować tańsze drapaki co roku. W dłuższej perspektywie czasu okaże się, że zaoszczędziliśmy kupując od razu droższy, ale solidniejszy drapak.
Drapak powinien mieć przynajmniej jeden słupek długości ponad 50 cm. Najlepiej jeśli będzie to 70-100 cm, aby kot mógł się cały wyciągnąć przy jego drapaniu. Półki ułatwiające wskakiwanie na wyższe poziomy, rozety w których koty lubią leżeć. Niektóre koty lubią spać w hamakach inne w budkach.
My polecamy zakup drapaka w naszej ulubionej firmie: leoland.pl

Fajny, estetyczny, wytrzymały drapak będzie kosztował od 200 do 1000 zł. Ale będzie służył kotu lub kilku kotom przez wiele lat. To chyba lepsze rozwiązanie niż wydawanie co roku 150 zł na tani drapak, który może grozić przewróceniem się na kota podczas wskakiwania na niego z impetem kota ważącego około 4-5 kg.

Czy wszystkie roślinki są zdrowe dla naszych kotów?

 

Niestety nie! Rośliny są bardzo ważne w kociej diecie, zawierają dużo substancji odżywczych , ale i nie tylko. Często służą jako „wycior” do przeczyszczenia przewodu pokarmowego z nagromadzonej sierści. Zlizywana sierść zbija się w kłębki i czopuje jelita.
Koty mające możliwość spaceru na łące czy choćby po przydomowym trawniku wybierają sobie właściwe gatunki traw. Zjedzona trawa powoduje skurcze żołądka, owija się wokół czopów z sierści i razem z nim wydalana jest na zewnątrz. Kot hodowany w domu przed zalegającą sierścią zaczyna się bronić podgryzając nasze doniczkowe kwiatki. I tu zaczyna się problem, gdyż nie wszystkie są lekarstwem na zaczopowany żołądek. Niektóre kwiaty zawierają substancje szkodliwe, a wręcz trujące. Koty na ogół doskonale wiedzą, które rośliny mogą im zaszkodzić. Jednak nie mając wyboru, mogą spróbować nawet trucizny. 

Jeżeli chcemy uniknąć zatruć i innych dolegliwości żołądkowych, a tym samym zachować nasze domowe rośliny zafundujmy kotom „domowe trawniki”.
Co kilka dni w szklanym lub plastikowym pojemniku można wysiać owies lub mieszankę traw. Kiełkujące nasiona są bardzo smaczne, a zarazem pomocne.
Można też pozwolić kotu na zjadanie liści popularnych „trawek”- chloropychytum .

Jeśli kotu zdarzy się „nieszczęśliwy posiłek”, należy spowodować wymioty. Najlepiej do tego służy roztwór soli kuchennej lub 3% roztwór wody utlenionej. W cięższych przypadkach należy zwrócić się do lekarza weterynarii.

Do najbardziej szkodliwych roślin zaliczamy m.in. : adenium, cis pospolity, fasolę ozdobną, jaskółcze ziele, heliotrop, kalmie, konwalie majową, ligustr, lilie, lobelię, mak, miechunkę, naparstnicę, oleander, ostróżkę, paprykę roczną, pieris, rabarbar, rącznik, tojad, skrzydłokwiat, solandrę, wawrzynek wilczełyko, wiciokrzew, zimowit, złotokap czyli sporo roślin z naszych balkonów i ogrodów.
Wszystkie rośliny jakie udało mi się znaleźć zamieściłam w porządku alfabetycznym (w miarę;)) nie ze względu na ich szkodliwość.

Adenium (Adenium obesum)- trujący jest sok o wysokiej toksyczności, powoduje porażenie czynności serca

Aglaonema -szkodliwe są liście, pędy korzenie, toksyczność umiarkowana, powoduje podrażnienie gardła, żołądka, ślinotok

Allamanda (Allamanda cathartica)- wszytkie części rośliny jednak o niskiej toksyczności, powoduje podrażnienie żołądka, biegunkę

Aloes (Aloe vera)- sok, toksyczność umiarkowana, powoduje podrażnienie jelit, dermatozę (choroby skóry)

Alokazja, Kaladium (Alocasia, Caladium)- liście pędy i korzenie o umiarkowanej toksyczności powodują podrażnienie pyszczka i gardła, ślinotok, podrażnienie żołądka

Anturium (Anthurium)-liście, pędy i korzenie o umiarkowanej toksyczności powodują podrażnienie pyszczka, gardła, ślinotok, podrażnienie żołądka
   
 
 
 
Amarylis- szkodliwe są cebule o umiarkowanej toksyczności, zjedzenie powoduje wymioty, biegunkę

Aukuba japońska (Aucuba japonica) – owoce o niskiej toksyczności powodują wymioty, biegunkę
Avocado- owoce i liście o niskiej toksyczności powodują wymioty, biegunkę

Azalia, różanecznik – wszystkie części rośliny o umiarkowanej toksyczności powodują podrażnienie żołądka, ból brzucha, zaburzenia rytmu serca, konwulsje

Barwinek różowy (Catharantus roseus)- wszystkie części rośliny o umiarkowanej toksyczności powodują nudności, wymioty, biegunka, senność, zdrętwienie i kurcze mięśni

Begonia stale kwitnąca (Begonia semperflorens)- wszystkie części rośliny o umiarkowanej toksyczności powodują wymioty, drgawki, zaburzenia pracy serca, układu oddechowego i nerek

Bukszpan (Buxus sempervirens) liście o umiarkowanej toksyczności powodują wymioty, biegunka, podrażneinie skóry i błon śluzowych

Carisa (Carissa macrocarpa)- wszystkie części rośliny (poza owocami) o niskiej toksyczności powodują wymioty, biegunkę

Celastrus, dławisz- wszystkie części rośliny o niskiej toksyczności powodują wymioty, biegunkę

Cibora zmienna (Cyperus)- wszystkie części rośliny o niskiej toksyczności powodują wymioty, biegunkę… całe szczęście toksyczność niska; miałyśmy kiedyś w domu i każdy kot uwielbiał ją obgryzać;)

Ciemiernik (Helleborus)- wszystkie części rośliny o niskiej toksyczności powodują wymioty, biegunkę, podrażnienie śluzówki

Ciemiężyca (Veratrum) -wszystkie części rośliny o niskiej toksyczności powodują wymioty, biegunkę, podrażnienie śluzówki

Cis pospolity (Ricinus communis)- wszystkie części rośliny (za wyjątkiem czerwonej jagody otaczającej nasiono) o wysokiej toksyczności powodują biegunkę, podrażnienia śluzówki, zaburzenia ukłdu oddechowego oraz pracy serca


Cykas, Sagowiec, Palma paprociowa (Cycas revoluta) – wszystkie części rośliny o niskiej toksyczności powodują uszkodzenie centralnego układu nerwowego

Cyklamen (Cyclamen persicum) – kłącza o umiarkowanej toksyczności powodują wymioty, biegunkę, konwulsje, paraliż… informacja dla właścicieli kotów kopiących w doniczkach;)

Czarny bez (Sambucus nigra)- owoce o umiarkowanej toksyczności powodują wymioty, biegunkę, śpiączkę … od mojej mamy wiem, że jeśli robimy sok z czarnego bzu to musimy być pewni, że owoce są dojrzałe inaczej możemy mieć podobny problem (sok z czarnego bzu to jeden z moich ulubionych przetworów domowych)

Czerniec gronkowy (Actaea spicata) – wszystkie części rośliny o niskiej toksyczności powodują podrażnienia śluzówki, biegunka, wymioty

Dicentra, Ładniszka okazała (Dicentra spectabilis)- wszystkie części rośliny o niskiej toksyczności powodują podrażnienia śluzówki, biegunka, wymioty

Diffenbachia – wszystkie części rośliny o umiarkowanej toksyczności powodują podrażnienia i obrzęk pyszczka i gardła, ślinotok, trudności w oddychaniu, podrażnienie żołądka

Dipladenia, Mandewilla – wszystkie części rośliny o niskiej toksyczności powodują wymioty i biegunkę

Epipremnum, scindapsus, rafidofora (Epipremnum aureum)- wszystkie części rośliny o umiarkowanej toksyczności powodują podrażnienia pyszczka i gardła, ślinotok, podrażnienia żołądka

Fasola (zwłaszcza ozdobna)- surowe strąki (nasiona) i korzenie o wysokiej toksycznościpowodują poważne zaburzenia jelitowe, śmierć

Fikus beniamina i inne – sok o niskiej toksyczności powoduje podrażnienia skóry, oczu i śluzówki

Filodendron (Philodendron)- wszystkie części rośliny o umiarkowanej toksyczności powodują podrażnienia pyszczka i gardła, ślinotok, podrażnienia żołądka

Gipsówka (Gypsophila)- wszystkie części rośliny o niskiej toksyczności powodują podrażnienie skóry, oczu i pyszczka


 
 
 
 
 
 
 
 
 Glicynia, wisteria – wszystkie części rośliny o niskiej toksyczności powodują podrażnienie śluzówki, bóle brzucha, wymioty i biegunka

Glistnik jaskółcze ziele (Chelidonium majus)- wszystkie części rośliny, zwłaszcza korzenie o wysokiej toksyczności powodują wymioty, krwawa biegunka, śpiączka, śmierć

Glorioza wspaniała (Gloriosa superba) – cała roślina, a szczególnie bulwy o wysokiej toksyczności powoduje wymioty i krwawe biegunki, utrudnione oddychanie i konwulsje

Groszek pachnący (Lathyrus odoratus) – nasiona o niskiej toksyczności powodują wymioty i biegunkę

Heliotrop (Heliotropium arborescens)- wszystkie części rośliny o wysokiej toksycznościpowodują zaburzenia rytmu serca, uszkodzenie wątroby i nerek

Hiacynt (Hyacinthus orientalis)- cebule, pędy kwiaty o umiarkowanej toksyczności powodują ból żołądka, wymioty, biegunka

Hortensja (Hydrangea)- wszystkie, w szczególności pąki kwiatowe o niskiej toksyczności powodują ból żołądka, wymioty, osłabienie

Irys (Iris)- wszystkie części rośliny o umiarkowanej toksyczności powodują wymioty, biegunka, podrażnienie skóry i błon śluzowych

Jabłko- pestki o wysokiej toksyczności powodują niepokój, trudności w oddychaniu, zapaśc, nagła śmierć


 Jaskier (Ranunculus)- wszystkie części rośliny o umiarkowanej toksyczności powodują podrażnienie skóry, sluzówki, wymioty, krwawą biegunkę

Kalanchoe – liście, pędy o umiarkowanej toksyczności powodują trudności w oddychaniu, konwulsje, paraliż

Kalia (Zantedeskia)- wszystkie części rośliny o umiarkowanej toksyczności powodują podrażnienie pyszczka i gardła, ślinotok, podrażnienie żołądka

Kalmia – wszystkie części rośliny o wysokiej toksyczności  powodują ślinotok, podrażnienie oczu i nosa, wymioty, konwulsje, paraliż, śmierć

Kasztanowiec – owoce o wysokiej toksyczności powodują wymioty, biegunka, zwiotczenie mięśni, paraliż, śmierć

Klematis, powojnik – wszystkie części rośliny o niskiej toksyczności powodują podrażnienie i owrzodzenie pyszczka

Kliwia pomarańczowa (Clivia miniata) – wszystkie części rośliny, szczególnie owoce o wysokiej toksyczności powodują podrażnienie skóry i błon śluzowych, zaburzenia rytmu serca, uszkodzenie wątroby i nerek

Kolokazja (Colocasia)- wszystkie części rośliny o niskiej toksyczności powodują silne podrażnienie błon sluzowych

Konwalia majowa (Convallaria maialis) – wszystkie części rośliny  o wysokiej toksyczności powodują podrażnienie żołądka, wymioty, zaburzenia rytmu serca, konwulsje, śmierć

Krasnokwiat (Haemanthus, Scadoxus multiflorus)- cebule o niskiej toksyczności powodują biegunkę i wymioty

Kroton (Codiaeum variegatum)- wszystkie części rośliny o umiarkowanej toksyczności powodują wymioty i biegunkę

Krwawnik (Achillea) – wszystkie części rośliny o niskiej toksyczności powodują podrażnienie skóry i pyszczka

Krwiowiec kanadyjski (Sanguinaria canadensis)- kłącza o wysokiej toksyczności powodują wymioty, zaburzenia pracy serca, śmierć

Lantana – wszystkie części rośliny o wysokiej toksyczności  powodują zaburzenia rytmu serca, uszkodzenie wątroby i nerek

Ligustr (Ligustrum) – owoce o wysokiej toksyczności powodują nudności, wymioty, biegunka, drgawki, zapaść, śmierć

Lilia (wszystkie odmiany)- cebule, liście, pędy, kwiaty o wysokiej toksyczności powodują podrażnienie żołądka, wymioty, depresja, brak apetytu, śmierć

Lobelia – wszystkie części rośliny o wysokiej toksyczności powodują wymioty, biegunka, konwulsje, śpiączka

Łubin (Lupinus) – nasiona o umiarkowanej toksyczności powodują spowolnienie akcji serca, konwulsje

Mak (Papaver)- sok, nasiona o wysokiej toksyczności powodują śpiączkę, spowolnienie oddechu, zaburzenie krążenia, śmierć 

Miechunka (Physalis)- liście, niedojrzałe owoce o wysokiej toksyczności  powodują obniżona temperatura, wymioty, zaburzenie krążenia i oddychania, śmierć 

Miłek wiosenny (Adonis vernalis) – wszystkie części rośliny o niskiej toksyczności powodują wymioty i biegunkę

Miodła pospolita (Melia azedarach) – owoce o umiarkowanej toksyczności powodują podrażnienie żołądka, wymioty, krwawa biegunka, paraliż, zaburzenia oddychania

Mrzechlina, pieczennik (Cestrum)- wszystkie części rośliny o wysokiej toksyczności powodują wymioty, konwulsje, śpiączka

Naparstnica purpurowa (Digitalis purpurea) – wszystkie części rośliny o wysokiej toksyczności powodują wymioty, biegunka, zaburzenie krążenia, konwulsje, śmierć

Oleander (Nerium oleander) – wszystkie części rośliny (zwłaszcza liście) o wysokiej toksyczności powodują podrażnienie żołądka i jelit, nieprawidłowa praca serca, śmierć

Ostrokrzew (Ilex) – owoce o niskiej toksyczności powodują wymioty i biegunkę
Ostróżka (Delphinium) – wszystkie części rośliny o wysokiej toksyczności powodują podrażnienie śluzuówki, wymioty i biegunka, zwiotczenie mięśni i drgawki, śmierć

Pachypodium – pędy i liście o niskiej toksyczności powodują podrażnienie skóry, pyszczka, oczu i żołądka, wymioty, biegunkę

Papryka roczna (Capsicum annuum) – wszystkie części rośliny o wysokiej toksycznościpowodują zaburzenia rytmu serca, uszkodzenie wątroby i nerek

Pelargonia – liście o niskiej toksyczności powodują podrażnienia skóry

Petunia – wszystkie części rośliny o niskiej toksyczności powodują podrażnienia pyszczka, skóry, żołądka

Pieris – liście i nektar kwiatowy o wysokiej toksyczności powodują ślinotok, wymioty, konwulsje, śmierć

Pierwiosnek (Primula) – wszystkie części rośliny o niskiej toksyczności powodują podrażnienia pyszczka, skóry, żołądka

Piołun (Artemisia absinthium) – wszystkie części rośliny o  wysokiej toksyczności powodują konwulsje, uszkodzenia mózgu

Pokrzywiec szorstkowłosy (Acalypha hispida)- sok o niskiej toksyczności powoduje wymioty, biegunkę

Poinsecja (Poinsetia pulcherrima) – liscie i pędy, sok mleczny o niskiej toksyczności powodują podrażnienie skóry, pyszczka, oczu i żołądka, wymioty, biegunka

Pomidor – zielone owoce, łodyga i liście o umiarkowanej toksyczności powodują wymioty, biegunka, zaburzenia krążenia i oddychania

Przebiśnieg (Galanthus nivalis) – bulwy o niskiej toksyczności powodują wymioty, biegunkę

Psianka paprykowa (Solanum pseudocapsicum) – wszystkie części rośliny, zwłaszcza owoce o niskiej toksyczności powodują biegunkę, wymioty

Rabarbar – liście o wysokiej toksyczności powodują podraznienie śluzówki, wymioty, śpiączka, śmierć

Rącznik pospolity (Ricinus communis) – nasiona o wysokiej toksyczności powodują podrażnienie śluzówki i przewodu pokarmowego, uszkodzenie nerek i wątroby, śmierć… wspomniany przeze mnie na początku postu olej rycynowy dostępny w każdej aptece…

Rosary bean (Abrus precatorius)- nasiona o wysokiej toksyczności powodują wymioty, biegunka, owrzodzenie przełyku, śmierć

 Sanseveria, wężownica, języki (szable) teściowej – liście o niskiej toksyczności powoduje podrażnienie pyszczka i żołądka, wymioty, biegunkę

Skrzydłokwiat (Spatiphyllum) – liście, pędy, kwiaty, kłącza o wysokiej toksyczności powoduje podrażnienie żołądka, wymioty, depresja, brak apetytu, śmierć

Solandra – liście i kwiaty o wysokiej toksyczności  powoduje wymioty, biegunkę, paraliż, zaburzenia oddychania, śmierć

Starzec (Senecio bicolor) – wszystkie części rośliny o wysokiej toksyczności zaburzenia rytmu serca, uszkodzenie wątroby i nerek

 

 Strączyniec (Cassia)-  wszystkie części rośliny o niskiej toksyczności powodują biegunkę

Szalej jadowity (Cicuta virosa) – wszystkie części rośliny o wysokiej toksyczności powodują ślinotok, konwulsje, porażenie ośrodka oddechowego, śmierć

 Szparagus (Asparagus) – owoce o niskiej toksyczności powodują wymioty i biegunkę

Syngonium – wszystkie części rośliny o niskiej toksyczności powodują podrażnienie pyszczka, języka i przełyku

Szczodrzeniec (Cytissus) – wszystkie części rośliny o umiarkowanej toksyczności powodują wymioty, konwulsje, zwiotczenie mięśni
 
 

 Szczwół plamisty (Conium maculatum) – wszystkie części rośliny o wysokiej toksycznościpowodują wymioty, biegunka, paraliż, konwulsje, śpiączka, śmierć

Szeflera – wszystkie części rośliny o niskiej  toksyczności powodują wymioty, podrażnienie skóry

Szkarłatka amerykańska (Phytolacca americana)- wszystkie części rośliny o wysokiej toksyczności powodują ślinotok, wymioty, krwawa biegunka, konwulsje, śmierć

Tojad (Aconitum) – wszystkie części rośliny o wysokiej toksyczności powodują wymioty, biegunka, drgawki, zaburzenie oddychania, śmierć

Trzmielina – wszystkie części rośliny o umiarkowanej toksyczności powodują wymioty, biegunka, drgawki, śpiączka

Tulipany – cebule o niskiej toksyczności powodują podrażnienia żołądka, biegunkę

Tytoń (wszystkie gatunki) – liście i kwiaty o wysokiej toksyczności powodują wymioty, biegunka, zaburzenia oddychania, śmierć

Wawrzynek wilczełyko (Daphne mezereum) – wszystkie części rośliny, zwłaszcza owo

Każdy kot duży i mały potrzebuje czasem naszej pomocy w pielęgnacji futerka, uszu, pazurków i ząbków. Podstawowe wyposażenie to szczotka lub rękawica do usuwania martwej sierści. Najlepiej mieć i to i to:

1. rękawica do usuwania sierści

fantastyczna na usuwania martwej sierści i częstego stosowania; po wyczesaniu rękawicą można zwilżyć ręce i dodatkowo przejechać nimi po futerku kota, w celu usunięcia pozostałości sierści; w okresie wzmożonego linienia zalecam jednak używanie szczotki dla kotów;

2. szczotka dla kotów

taką szczotką możemy czekać kota z włosem i pod włos, czesanie pod włos napowietrza futro kota brytyjskiego, robi się ono bardziej puszyste; jednak podstawowe zadanie tej szczotki to usunięcie martwych włosów z futerka kota; zalecam używanie takiej szczotki raz w miesiącu; w okresie wymiany futerka – początek i koniec sezonu grzewczego – raz w tygodniu;

3. cążki do pazurków

przycinanie pazurków jest bardzo łatwe, przycinamy same końcówki, można poprosić weterynarza o pomoc, on pokaże nam jak to robić – ważne jest aby nie uciąć w miejscu, gdzie w środku pazurek jest różowy, bo to jest żywa część pazurka i będzie kota boleć; zabieg ten najlepiej wykonywać raz w tygodniu; każdemu nabywcy naszych kociąt pokazuję przy odbiorze kociaka jak obcinać pazurki, więc nie powinni mieć z tym problemów w domu

4. ząbki – warto czyścić, choć nie jest to najprzyjemniejsze dla kotów. W sklepach znajdziemy różne produkty do czyszczenia zębów dla kota, ale nie każdy kot je toleruje. Pewien weterynarz – notabene z tytułem „Kociarza roku 2011” 😉 polecił mi prosty sposób – zrobienie mieszanki wody z wodą utlenioną w stosunku 10 do 1 (1 część wody utlenionej na 10 części wody) i takim płynem czyścić zęby patyczkiem higienicznym. Niestety są koty, które mają skłonność do odkładania się kamienia nazębnego i pewnego dnia może być niezbędny zabieg usuwania tego kamienia u weterynarza.

Koty to wielkie czyścioszki, dlatego bardzo ważne jest odpowiednie zorganizowanie miejsca na kuwetę. Najlepiej ustawić ją w łazience, ale wtedy musimy pamiętać o tym, żeby drzwi co niej zostawiać otwarte, aby kot zawsze mógł do niej wejść. Innym rozwiązaniem jest zamontowanie w drzwiach do łazienki specjalnych drzwiczek dla kota. Na przykład takich:

1. drzwiczki dla kota – na rynku jest wiele rodzajów drzwiczek, jedne specjalnie do drzwi wewnętrznych, inne do drzwi zewnętrznych; różnią się sposobem wykonania, izolacją oraz ceną; warto porównać modele różnych producentów i ceny;

2. kuweta – wybór odpowiedniej kuwety nie jest prosty. Na rynku znajdziemy kilkadziesiąt modeli, ale podstawowy podział to kuwety odkryte i kuwety kryte. Kuweta odkryta daje pełną swobodę przy jej czyszczeniu, jednak nie każdy kot lubi być oglądany w tym zakątku zadumy :), do tego nie są zbyt estetyczne. Dlatego idealnym rozwiązaniem jest kuweta kryta. Można kupić kuwetę w kolorze podobnym do wystroju łazienki lub ozdobioną kwiatami. Taka kuweta ma zamontowane wahadłowe drzwiczki, które można zdjąć, jeśli nasz kot nie był nauczony korzystania z takiej kuwety. Uwaga !! Jeśli kot nie umie korzystać z drzwiczek do kuwety, to prawdopodobnie nie wie też jak korzystać z drzwiczek dla kota w drzwiach. Jeśli więc takie zamontujemy w drzwiach do łazienki, to trzeba kotu pokazać jak funkcjonują te drzwiczki i nauczyć go korzystać z nich, na przykład poprzez zabawę w gonienie piórka, które przekładamy przez drzwiczki. Korzystania z drzwiczek w kuwecie łatwo można nauczyć zanim nasypiemy do niej żwirku – również poprzez zabawę. Wkładamy kota do kuwety, drzwiczki się za nim zamkną i piórkami próbujemy zachęcić kota do wyjścia. Po kilku próbach kot załapie o co chodzi z drzwiczkami. Próbę powtarzamy po wsypaniu do kuwety żwirku. U nas w domu koty mają kryte kuwety. Nasz ulubiony model, to kuweta z drzwiczkami, które otwierają się do góry pozwalając łatwo wyczyścić kuwetę.

3. żwirek – tutaj to już wybór mamy taki, że czasem w obłęd można wpaść 🙂 Na początek najlepiej zastosować żwirek, który był używany w hodowli. Po jakimś czasie możemy wypróbować inne żwirki. Bardzo dobrym ułatwieniem w czyszczeniu kuwety są żwirki, które można usuwać drogą sanitarną. Znajdziemy takie żwirki drewniane oraz silikonowe. Pamiętajmy, że nie każdy taki żwirek można wyrzucić do toalety !! Przed zakupem trzeba dokładnie sprawdzić opis żwirku. Żwirki betonitowe nie nadają się do usuwania drogą sanitarną. Możemy wybrać żwirek zbrylający (betonitowe, drewniane) lub taki, który wchłania wilgoć (silikonowe, niektóre drewniane).
Nasze koty korzystają ze żwirku bentonitowego Golden Grey Master.

4. dezynfekcja kuwety – dobrze jest co jakiś czas przy czyszczeniu kuwety spryskać ją w środku środkiem dezynfekującym. Zapewne sami zauważycie, że Wasz kot więcej „zagrzebuje” ścianki, drzwiczki i sufit kuwety, niż to co zrobił w żwirku. Takie to już z nich czyścioszki. 😉
Warto też raz dziennie lub co drugi dzień posypać żwirek specjalnym środkiem bakteriobójczym. Zabija on bakterie i grzyby, ale również niweluje brzydkie zapachy. Znajdziemy ich wiele w sklepach zoologicznych.

5. łopatka – trzeba ją dobrać do rodzaju żwirku. Im większe cząsteczki żwirku (ziarenka) tym większe oczka muszą być w łopatce. Łopatką usuwamy stałe nieczystości oraz grudki z moczem (jeśli używamy żwirku zbrylającego). Niezużyty żwirek powinien przelecieć przez oczka w łopatce.

6. wycieraczka pod kuwetę – teoretycznie kotek powinien przez nią przejść i na niej powinny zostać resztki żwirku z jego łapek. Teoretycznie, ponieważ jeśli zdejmiemy drzwiczki do kuwety, to możemy spodziewać się tego, że kotek będzie przeskakiwał przez wycieraczkę. Tak właśnie robiły nasze koty 🙂 U nas w domu mamy dokładnie te dwa modele wycieraczek. Pierwsza jest skuteczniejsza w zatrzymaniu żwirku z kocich łapek na sobie, ale druga łatwiejsza w czyszczeniu.

Żywienie kota wydaje się być najprostszym z problemów, na jakie może się natknąć opiekun kota, a to z powodu dostępności wielkiej ilości naukowo przygotowanych diet i karm. Ilość dostępnych na rynku gotowych suchych karm przyprawia o zawrót głowy, podobnie jest zresztą z karmami puszkowymi. Wybór nie jest prosty, bo każdy producent zachwala swój produkt jako ten jedyny w pełni naturalny i zgodny z potrzebami kota.

Koty, chociaż wraz z psami należą do zwierząt mięsożernych, są nimi dużo bardziej niż psy. Koci organizm „poszedł na łatwiznę”, i nastawił się na korzystanie z gotowego białka zwierzęcego, zatracając umiejętność syntezy niektórych aminokwasów, zwłaszcza tych zawierających siarkę (białka zbudowane są z aminokwasów). Dlatego nigdy nie zrobimy z kota wegetarianina, co przy pewnym nakładzie pracy kulinarnej jest możliwe w przypadku psa. Aminokwasy egzogenne, czyli takie, których kot nie potrafi wytworzyć sam, i musi mieć je podane w jedzeniu, to między innymi:

– tauryna

– lizyna

– tryptofan

– metionina

– cysteina

– arginina

Niedobór aminokwasów egzogennych ma bardzo poważne następstwa zdrowotne dla kota, dlatego tak ważna jest właściwie zbilansowana dieta dla naszych mruczków. Źródłem wszystkich aminokwasów egzogennych jest mięso.

Odpowiednia dieta musi zapewnić dobre psychiczne samopoczucie kota, co osiągnięte może być poprzez unikanie monotonii i zapewnienie różnorodności pożywienia. Takie podejście zmniejsza prawdopodobieństwo wychowania wybrednego kota, chociaż uczulam, na pewno tego nie gwarantuje ponieważ koty, podobnie jak ludzie, zmieniają swoje gusta kulinarne z wiekiem i nawet nasze największe starania nie są w stanie skłonić ich do jedzenia tego, co akurat my uznamy za stosowne. Dobrze zbilansowana dieta to taka, która zawiera wszystkie najważniejsze składniki, tzn. białko, tłuszcze, węglowodany, minerały i witaminy, w racjach zapewniających prawidłowy rozwój i wzrost. W przeciwieństwie do człowieka, udział tłuszczów w kociej diecie powinien być dość wysoki, na poziomie ok 23%, a węglowodanów niski, na poziomie 5-6%, to tak biorąc wartości idealne. Dzieje się tak, ponieważ koty nie potrafią pozyskiwać energii z węglowodanów, pozyskują ją bezpośrednio ze spalania białka i tłuszczy właśnie. Nadmiar węglowodanów przerobiony zostanie na ich własny, odłożony na „czarną godzinę”, tłuszcz. Czarną godzinę, która – znając miłość kociarzy do ich podopiecznych – nigdy nie nastąpi, w rezultacie mamy więc kota otyłego.

Suche karmy renomowanych firm specjalizujących się od lat w żywieniu kotów, są pełnowartościowym, zbilansowanym pokarmem, który przy okazji jest bardzo wygodny w użyciu. Chciałabym tu jednak przestrzec przed tanimi, supermarketowymi karmami, w których jest znikoma zawartość mięsa, substancji podstawowej w żywieniu kotów. Proponuję zastosować bardzo prostą analogię: Jeśli kilogram karmy, przetworzonej, zapakowanej, wysłanej, czyli z rzeszą ludzi po drodze „do zarobienia”, kosztuje 5 lub 7 zł, to jakie mięso można do niej włożyć? Jakie mięso kupicie Państwo w cenie 5 zł za kilogram? ŻADNEGO. I tak też jest z karmami’ „które Twój kot kupowałby”, jest w nich, nawet nie mięsa, a produktów pochodzenia zwierzęcego, 4%. Reszta to wypełniacze w postaci pszenicy i kukurydzy, na które wiele z naszych mruczków jest uczulona. Dodatki takie znajdują się, niestety, również w karmach z dość wysokiej półki, szukamy więc takich, które ich mają jak najmniej, a najlepiej wcale. 

Wygodnymi karmami są pokarmy w puszkach, ale tutaj trzeba być ostrożnym, gdyż niekiedy koty, szczególnie kocięta, dostają po nich rozwolnienia. Tzw. miękkie karmy mają inną poważną wadę: koty nie ćwiczą mięśni szczęk i nie czyszczą w naturalny sposób zębów, co może doprowadzać do odkładania się kamienia nazębnego, a w konsekwencji brzydkiego zapachu z pyszczka. Nie znaczy to oczywiście, że nie należy ich stosować, ale na pewno nie należy ograniczać podawania mięsa do tego z puszek. Przy mięsie puszkowym obowiązują te same zasady, co przy karmach suchych, czyli uważnie czytamy skład, bo bardzo często to, co wygląda na mięso, jest jedynie ryżowo-pszeniczną papką z dodatkiem mięsa, na poziomie niekiedy kilku procent.

 

Nie wolno również karmić kota psią karmą, gdyż kot ma zupełnie inne zapotrzebowanie na tłuszcz i białko niż pies. Dorosły kot potrzebuje mniej więcej pięć razy tyle białka co dorosły pies. Pokarm kota musi także zawierać aminokwas zwany tauryną, zbędny w żywieniu psów. Koty mają większe zapotrzebowanie na inne składniki pokarmowe, m.in, witaminę B. Krótko mówiąc, psia karma nie zapewni kotu odpowiedniej ilości potrzebnych mu składników. 

Mleko, chociaż kojarzone jako ulubione pożywienie kotów, nie powinno być podawane dorosłym kotom, a kocięta powinny otrzymywać jedynie specjalnie dla nich przeznaczone. Podawanie mleka kotu może wywołać biegunkę i inne problemy trawienne, ponieważ dorosłe koty nie trawią zawartej w mleku laktozy. Oczywiście można pozwolić sobie od czasu do czasu na niewielką ilość, która posłużyć może jako nagroda lub smakołyk, ale trzeba pamiętać o umiarze. 

Nie należy podawać kotu słodyczy, nie mają one dla niego żadnych wartości odżywczych a spowodują tycie i choroby trawienne.

Koty, chociaż mają węch słabszy niż psy, w porównaniu z człowiekiem są mistrzami węchu. Ich nos jest szczególnie wrażliwy na zapachy zawierające związki azotu, które wydzielane są przez zepsute lub nieświeże pożywienie. 

Koci język jest szorstki jak szczoteczka dzięki rogowym brodawkom służącym mu nie w celu rozkoszowania się smakiem (nie zawierają kubków smakowych), ale właśnie jako szczotka do czyszczenia futerka.

Kot wolno żyjący jest łowcą polującym na drobną zwierzynę (gryzonie, ptaki, jaszczurki), które zjada w całości po uprzednim dokładnym pogryzieniu. Pamiętać o tym powinien każdy, kto chce ustrzec kota przed chorobami dziąseł i zębów. Domowe koty stanowczo za mało lub wcale nie muszą gryźć pożywienia. Dostają albo pokarmy z puszki, których zawartość jest tak miękka, że można ją łykać, albo suchą karmę, którą wystarczy nagryźć, aby pękła, i połknąć. Żeby umożliwiać kotu używanie zębów zgodnie z ich przeznaczeniem, można podawać mu mięso krojone w paski na tyle długie, aby nie można było ich połknąć (połknięcie spowoduje odruch wymiotny). Kot szybko zorientuje się, że aby zjeść mięsną „wstążkę”, trzeba ją najpierw pogryźć. Ja tak kroję mięso, i to nawet kilkutygodniowym kociakom – doskonale radzą sobie z jego obróbką. 

Podsumujmy więc, jakie mięso możemy kotu podawać?

  • indycze: pierś bądź inne elementy, mięso indycze to jedno z najzdrowszych, i to bynajmniej nie tylko dla kotów 🙂 Pierś jest mięsem zbyt chudym, ja karmię głównie udźcem, i jest to jedyne surowe mięso, poza dozwolonymi rybami, które podaję swoim kotom;
  • wołowe: bardzo lubiane, szczególnie to z młodego wołu, czyli cielęcina – najczęściej mniam mniam; 
  • kurczak: też mile widziany, moje koty najchętniej jedzą pierś; wiele osób i kurczaka podaje na surowo, ja jednak podaję pierś po lekkim obgotowaniu, razem z wywarem, który koty uwielbiają chyba nawet bardziej, niż samo mięso;
  • ryba: nie za często,  nie należy też podawać ryby wędzonej.
  • królik: jak najbardziej, ale pierwszeństwo dajmy sobie 🙂
  • podroby: tak,ale nie za często, ponieważ zawierają bardzo dużo witamin A i D, których nadmiaru kot nie będzie umiał usunąć, a to może wywołać choroby; u wielu kotów są też problemy jelitowe po zjedzeniu wątróbki, w takim przypadku proponuję z niej zrezygnować;

Pamiętajmy też, że kot do pierwszego roku życia rośnie bardzo intensywnie, powinien więc mieć stały dostęp do suchej karmy, i bezwzględnie pamiętać należy o stałym dostępie do świeżej wody. Wystarczy namoczyć suchy pokarm, żeby zobaczyć, jak pęcznieje – to samo dzieje się w żołądku kota. Jeśli nie będzie miał dostępu do wody, zostanie ona „wyciągnięta” z tkanek naszego zwierzaka, czyli krótko mówiąc, bardzo szybko grozi mu odwodnienie, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

 Po okresie intensywnego wzrostu musimy już być czujni, aby kota nie utuczyć. Radzę tu stałą kontrole, ponieważ odchudzenie kota nie jest prosta sprawą. Psu możemy po prostu nawet dość rygorystycznie ograniczyć jedzenie. Kota nie wolno głodzićponieważ zacznie on spalać własny tłuszcz bez udziału węglowodanów, co prowadzi do powstawania w organizmie toksycznych substancji, które mogą doprowadzić do śpiączki ketonowej lub śmierci. Najlepiej więc uzbroić się w odporność na pomiaukiwania, nie przekarmiać, i zapewnić kotu odpowiednią ilość ruchu. Jeśli to z jakiegoś powodu się nie uda i kot cierpi na otyłość, pomocne są specjalne karmy, dostępne wyłącznie w lecznicach weterynaryjnych. Nie należy jednak podejmować żadnych kroków bez konsultacji z weterynarzem.

Wiele osób stara się samodzielnie komponować kocie posiłki. Można to robić, ale trzeba mieć świadomość, że jest to wielka odpowiedzialność – kotu znacznie trudniej skomponować zbilansowany posiłek, niż psu. Nawet przy takim karmieniu dobrze jest, jeśli kot akceptuje i je w niewielkich choć ilościach suchą karmę – życie przynosi różne niespodzianki, niekiedy z jakichś powodów musimy wyjechać, albo wskutek nieszczęśliwego splotu okoliczności znajdziemy się na przykład w szpitalu, i nie będzie nikogo, kto by przygotowywał naszemu kotu świeże posiłki, jedynie „dochodzący personel” do posprzątania. Wówczas akceptacja suchej karmy jest dla kota zbawienna. Jak we wszystkim, najgorszy jest fanatyzm – bardzo zachęcam do jak największego udziału świeżych, sporządzanych przez siebie posiłków, ale bez całkowitego odsuwania karm suchych. W żywieniu moich kotów mięso ma naprawdę spory udział, a jeśli korzystam z jedzenia puszkowego, to tylko z takiego, w którym widzę, co jest podane – nie ufam mielonym papkom, poza tym nie służą kociemu uzębieniu. Ale, jak już napisałam, przy dużym udziale mięsa konieczna jest odpowiednia suplementacja, czy to w postaci past lub tabletek zawierających witaminy i minerały, czy odpowiednich mieszanek, dodawanych bezpośrednio do mięsa.

Pragnę też uczulić na krytyczne podejście do gotowych karm, ponieważ producenci bardzo często przemycają w nich składniki, które niekoniecznie powinny być podstawą żywienia naszego kota. Jeśli więc na opakowaniu widzimy, że karma ma dużo białka, zwróćmy uwagę, z czego pochodzi, czy jest to mięso, czy może białko pochodzenia roślinnego. Ile w karmie jest węglowodanów, głównych winowajców, jeśli chodzi o otyłość naszych kotów. Jeśli producent w ogóle nie podaje informacji, jaki jest procentowy udział węglowodanów w karmie, nie stosowałabym jej, bo znaczy to, że jest ich bardzo dużo, nawet do 30-40%. Obniżane ilości węglowodanów w karmach jest swego rodzaju miernikiem ich jakości, i jeśli producent nie przyznaje się do ilości węglowodanów, wróży to źle. Patrzmy też, jakie składniki użyte zostały do produkcji karmy – czy jest  to mięso, czy może tylko mączka, czyli pochodna-nie-wiadomo-czego. Na którym miejscu w składzie są podane – jeśli dopiero na 3. lub 4., po kukurydzy, pszenicy, i tego rodzaju atrakcjach, miejmy świadomość, że nie jest to wymarzone źródło białka dla naszego kota. Jak w przypadku naszego ludzkiego jedzenia, musimy być ostrożni.

W razie jakichkolwiek wątpliwości co do żywienia naszego pupila, najlepiej poradzić się weterynarza, bądź doświadczonego hodowcy, i stosować się do jego zaleceń. Pozwoli nam to cieszyć się zdrowym, pełnym energii kotem przez wiele lat.

Poniżej przedstawiamy listę karm suchych przez nas używanych od lat i sprawdzonych.

Obecnie na rynku mamy dostępny bardzo szeroki wybór karm suchych, jednak warto zdać się na doświadczenie hodowcy i nie eksperymentować z dietą naszego kota.Eksperymenty mogą zakończyć się dla naszego pupila sensacjami żołądkowo – kuwetowymi, alergiami pokarmowymi czy innymi problemami.

1. N&D firmy Farmina – Maintanance Chicken and Pomegranate

2. CANAGAN – Free Run Chicken for Cats

3. CANAGAN – Scottish Salmon for Cats

4. ORIJEN – różne smaki

Poniżej przedstawiamy listę karm puszkowych przez nas sprawdzonych.

Obecnie na rynku mamy dostępny bardzo szeroki wybór karm suchych oraz w puszkach, jednak warto zdać się na doświadczenie hodowcy i nie eksperymentować z dietą naszego kota. Eksperymenty mogą zakończyć sie dla naszego pupila sensacjami żołądkowo – kuwetowymi, alergiami pokarmowymi czy innymi problemami.

Dodatkowo prosimy pamiętać – zawsze polecamy – zamiast puszek – surowe mięso, pokrojone, ale podane SUROWE, bez obróbki termicznej. To jest najbardziej naturalny pokarm dla kota. Jednak używając suchej karmy należy pamiętać, ze mięso lub puszka – są jedynie dodatkiem do diety kota. Zatem wielkość porcji powinna być przemyślana 😉

Jakie mięso możemy kotu podawać?
indycze: pierś bądź inne elementy, mięso indycze to jedno z najzdrowszych, i to bynajmniej nie tylko dla kotów 🙂 Pierś jest mięsem zbyt chudym, ja karmię głównie udźcem, i jest to jedyne surowe mięso, poza dozwolonymi rybami, które podaję swoim kotom;
wołowe: bardzo lubiane, szczególnie to z młodego wołu, czyli cielęcina – najczęściej mniam mniam;
kurczak: też mile widziany, moje koty najchętniej jedzą pierś; wiele osób i kurczaka podaje na surowo, ja jednak podaję pierś po lekkim obgotowaniu, razem z wywarem, który koty uwielbiają chyba nawet bardziej, niż samo mięso;
ryba: nie za często, nie należy też podawać ryby wędzonej.
królik: jak najbardziej, ale pierwszeństwo dajmy sobie 🙂
podroby: tak, ale nie za często, ponieważ zawierają bardzo dużo witamin A i D, których nadmiaru kot nie będzie umiał usunąć, a to może wywołać choroby; u wielu kotów są też problemy jelitowe po zjedzeniu wątróbki, w takim przypadku proponuję z niej zrezygnować.

1. CANAGAN

 

2. APPLAWS

3. ALMO NATURE

Smakołyki i suplementy.


Tutaj również producenci atakują nas ogromną ilością produktów. Nie dajmy się zwariować 🙂 Kot do szczęścia nie potrzebuje niezliczonych witaminek czy smaczków – wszystko co jest mu niezbędne ma już pięknie zbilansowane w dobrej suchej karmie. Dodatki są jedynie po to, aby koty trochę urozmaicić dietę, sprawić dodatkową przyjemność.

1. Najważniejszym suplementem będą pasty odkłaczające. My używany poniższych:

 

2. Smaczki:

Koty uwielbiają obserwować świat zewnętrzny z balkonów czy parapetów naszych okien. Tyle się tam dzieje, że czasami ciężko usiedzieć na miejscu. Przelatujący ptak, mucha, wirujący w powietrzu liść – co za ciekawy obiekt do polowań. Przecież to leżące tak głęboko w kociej naturze – namierzyć zdobycz, przyczaić się i skoczyć…. w przepaść. A wbrew przekonaniom wielu, kot nie zawsze spada na cztery łapy.

Kot to zwierzę uosabiane z gracją i niezwykłym wyczuciem równowagi, i niestety właśnie takie myślenie ludzi często prowadzi do tragedii. Często nie możemy sobie wyobrazić, że ten, tak zwinnie balansujący po krawędzi balkonu kot, może stracić równowagę, poślizgnąć się, skoczyć za przelatującym ptakiem i spaść. To czy uda im się cało wyjść z takiego upadku zależy od wielu czynników, z jak wysoka kot wyskoczył, z jaką prędkością się poruszał i przede wszystkim czy ma odrobinę szczęścia. Czasem nawet niewielka wysokość może skończyć się poważnymi okaleczeniami, a nawet śmiercią. Antena na balkonie poniżej, donice z kwiatami, niewinnie wyglądający płotek czy kratka pod oknem – każdy kto ma odrobinę wyobraźni potrafi pojąć czym może skończyć się wpadnięcie kota na takie rzeczy. To praktycznie wyrok śmierci dla kota, i w najlepszym przypadku będzie to szybka śmierć. Nawet jeśli kot będzie miał tyle szczęścia, że jego spadanie będzie w pełni kontrolowane, może nie zamortyzować siły upadku (koty lądują na „miękkich nogach” – rozluźniają mięśnie nóg przed lądowaniem właśnie po to, żeby zamortyzować upadek) – w dobrym przypadku skończy się to połamanymi kończynami, w złym obrażeniami wewnętrznymi, uszkodzeniami czaszki i kręgosłupa, a w konsekwencji często śmiercią w męczarniach. Dodatkowym problemem przy upadku kota jest fakt, że nawet ranny kot, jeśli tylko może się poruszać, natychmiast poszuka „bezpiecznego schronienia”, co może utrudnić, a nawet uniemożliwić udzielenie pomocy.

Drugim aspektem upadku z okna jest to, że bardzo często kot, któremu uda się bezpiecznie wylądować, ucieka w szoku przed siebie, nie zachowując żadnych środków ostrożności, przez co narażony jest na kolejne niebezpieczeństwa. Zazwyczaj takich kotów nie udaje się już odnaleźć.

Zabezpieczenie okien i balkonu nie zajmuje ani dużo czasu, ani dużo pieniędzy – a nic nie może równać się z bezpieczeństwem naszego podopiecznego. Pamiętajmy, że jesteśmy odpowiedzialni za zwierzęta, które przyjmujemy pod swój dach.

źródło: www.lesnychochlik.pl

Zespół Do Spraw Szczepień (VGG – vaccination guidelines group) Światowego Stowarzyszenia Lekarzy Weterynarii Małych Zwierząt (WSAVA) opublikował po raz kolejny raport zawierający zalecenia dotyczące szczepień psów i kotów. Zawarł w nim listę szczepień zasadniczych, którym powinny zostać poddane wszystkie psy i koty, szczepień dodatkowych oraz szczepień niezalecanych, a także optymalnych terminów podawania kolejnych dawek szczepionki.

Ograniczenie występowania chorób zakaźnych poprzez wprowadzenie programów szczepień jest jednym z największych sukcesów współczesnej weterynarii. Wciąż jednak nie jest, i nie będzie, to temat zamknięty. Specjaliści z zespołu Światowego Stowarzyszenia Lekarzy Weterynarii Małych Zwierząt kierują uwagę szczególnie na dwie kwestie: szczepienie każdego zwierzęcia w populacji, za to z mniejszą częstotliwością, czyli zerwanie z tradycją corocznego ich doszczepiania.

Do grupy szczepień zasadniczych u kotów należą szczepienia przeciwko wirusowi panleukopenii kotów (FPV) oraz kaliciwirusowi kotów (FCV) i herpeswirusowi kotów (FHV-1), które nie są jednak tak skuteczne jak przeciw panleukopenii.

Chociaż szczepionki przeciwko kaliciwirusowi kotów opracowano tak, aby zapewniały krzyżową odporność przeciw ciężkim zachorowaniom, istnienie wielu szczepów tego zarazka sprawia, że nawet u zaszczepionego zwierzęcia może dojść do zakażenia i łagodnie przebiegającej choroby. W przypadku herpeswirusa kotów należy pamiętać, że żadna ze szczepionek nie chroni przed infekcją zjadliwym wirusem, którego konsekwencją jest zakażenie latentne mogące ulegać reaktywacji w wyniku zadziałania silnego stresora. Wtedy u kota szczepionego mogą pojawić się objawy kliniczne lub może on wydalać zarazek i zarazić inne zwierzęta.

VGG przyjmuje zasadę powtarzania szczepień przeciw FHV-1 i FCV co 3 lata, ale już ABCD (The European Advisory Board on Cat Diseases) zaleca coroczne dawki przypominające, zwłaszcza w przypadku kotów narażonych na sytuacje wysokiego ryzyka, jak np. przebywanie w hotelach dla kotów, w domach z większą liczbą kotów lub udział w wystawach.

Podobnie brak zgodnego stanowiska co do szczepień przeciwko wirusowi białaczki kotów (FeLV). VGG uważa szczepienie przeciw FeLV za szczepienie dodatkowe, ale warte zastosowania u kotów z grupy ryzyka, przede wszystkim młodych zwierząt wychodzących na dwór i mających kontakt z innymi kotami na obszarach z dużą liczbą przypadków infekcji. Rutynowa procedura zakłada 2 dawki podane w odstępie 3-4 tygodni, ale nie wcześniej niż w 8 tygodniu życia. Biorąc pod uwagę mniejszą podatność starszych kotów, ABCD zaleca podawanie dawek przypominających nie częściej niż co 2-3 lata w przypadku kotów w wieku 3 lat lub starszych – i jedynie w przypadku ryzyka.

W rejonach endemicznego występowania wirusa wścieklizny również szczepienie przeciw tej chorobie należy zaliczyć do grupy zasadniczych ze względu na ochronę zdrowia zarówno zwierząt jak i ludzi. W niektórych krajach istnieje prawny nakaz szczepienia kotów przeciwko wściekliźnie. Odnosi się on również zwykle do przemieszczania zwierząt pomiędzy krajami.

Szczepienie kociąt

Podobnie jak to ma miejsce u szczeniąt, większość kociąt jest przez pierwsze tygodnie życia chroniona przeciwciałami uzyskanymi od matki, które obniżają skuteczność szczepień zasadniczych w pierwszych tygodniach życia. Jednakże bez badań serologicznych nie można określić ani stopnia ochrony ani czasu, w którym kocięta stają się wrażliwe na zakażenie i zdolne do rozwinięcia odporności poszczepiennej. Wynika to z różnic w poziomie przeciwciał matczynych pomiędzy miotami. Zwykle odporność bierna obniża się pomiędzy 8 a 12 tygodniem życia do poziomu, który umożliwia zadziałanie szczepienia. W związku z tym zaleca się zwykle podanie pierwszej dawki w wieku 8 – 9 tygodni, a drugiej 3 – 4 tygodnie później. Wiele dostępnych na rynku szczepionek przeznaczonych jest do podawania według takiego właśnie schematu.

Z drugiej strony jednak, kocięta ze słabą odpornością bierną mogą stać się wrażliwe na zakażenie (i tym samym zdolne do wytworzenia odporności poszczepiennej) wcześniej, podczas gdy u innych wysokie miana przeciwciał matczynych mogą uniemożliwić zadziałanie szczepionki do wieku 12 tygodni lub nawet dłużej. Dlatego zaleca się, aby ostatnią dawkę szczepionki podawać kociętom w wieku co najmniej 14 – 16 tygodni.

Wszystkie kocięta powinny zostać objęte szczepieniami zasadniczymi przynajmniej trzykrotnie – pierwszy raz w wieku 8 – 9 tygodni, drugi 3 – 4 tygodnie później, a trzeci raz w wieku co najmniej 14-16 tygodni. Koty które zareagują na żywe, atenuowane szczepionki będą odporne przez wiele lat bez konieczności stosowania dawek przypominających.

Szczepienie dorosłych kotów

Wszystkie zwierzęta powinny otrzymać przypominającą dawkę szczepionki 12 miesięcy po ukończeniu cyklu szczepień kocięcia (zapewni to odporność tym osobnikom, które nie zareagowały właściwie na tamte szczepienia). Kolejne dawki podawane są w odstępach co najmniej 3 letnich, chyba że w grę wchodzą specjalne okoliczności.

U dorosłych kotów o nieznanej historii immunoprofilaktyki powinno się wykonać raz szczepienie zasadnicze żywymi atenuowanymi zarazkami i powtórzyć je po roku. Koty które zareagowały właściwie na szczepienie zasadnicze żywymi atenuowanymi zarazkami mają trwałą odporność (pamięć immunologiczną) przez wiele lat, pomimo braku szczepień przypominających.

Należy podkreślić, że zasada ta nie odnosi się ani do szczepień zasadniczych inaktywowanymi zarazkami ani do szczepień dodatkowych, w szczególności do zawierających antygeny bakteryjne. Dlatego, aby uzyskać ograniczoną ochronę zapewnianą przez produkty przeciwko zarazkom takim jak Chlamydophila lub Bordetella, potrzebne są coroczne dawki przypominające. Stąd też dorosły kot wciąż może otrzymywać coroczne szczepienia – szczepienia zasadnicze podawane co trzy lata i szczepienia dodatkowe co roku. Znacznym utrudnieniem takiego postępowania jest brak odpowiednio skomponowanych produktów na rynku.

Dorosły kot, który przeszedł pełny program szczepień przeciwko FPV, FHV-1 i FCV jako kocię (włączając dawkę przypominająca po 12 miesiącach), ale nie był później regularnie szczepiony, wymaga tylko jednej dawki szczepień do mobilizacji układu odpornościowego, pomimo iż wiele obecnych schematów postępowania zaleca w tych okolicznościach podanie dwóch dawek. Jest to jednak bezzasadne i stoi w sprzeczności z podstawowymi zasadami pamięci immunologicznej.

Miejsce podania szczepionki

W ciągu ostatnich 20 lat stało się jasne, że szczepienia z adiuwantem przeciw białaczce (FeLV) i wściekliźnie są jednym z czynników wyzwalających rozwój mięsaków poszczepiennych u kotów. W związku z tym zalecono podawanie tych dwóch szczepionek wysokiego ryzyka w okolice tkanek łatwych do usunięcia chirurgicznie w razie rozwoju mięsaka, tj. w dalszym odcinku prawej tylnej kończyny – szczepionki przeciwko wściekliźnie, i w dalszym odcinku lewej tylnej kończyny – szczepionki przeciwko białaczce kotów („left leg leukaemia, right leg rabies”). Ostatnie badania oceniające efekty takiego postępowania wykazały znaczący spadek występowanie mięsaków w okolicy międzyłopatkowej (tradycyjne miejsce szczepień), a wzrost przypadków guzów w prawej (ale nie lewej) kończynie.

VGG rekomenduje podawanie szczepionek podskórnie w okolicę boczną brzucha lub tułowia (po innej stronie za każdym następnym szczepieniem), jako że mięsak powstały w tym miejscu nie wymaga tak rozległej resekcji jak w przypadku okolicy międzyłopatkowej czy kończyn.

www.felonologia.org.pl

OTYŁOŚĆ

Otyłość u kotów jest bardzo poważnym problemem, często lekceważonym przez opiekunów, a jest, niestety, przyczyną wielu schorzeń. Prowadzi, podobnie jak u nas, do zaburzeń krążenia, chorób serca, do stłuszczenia wątroby, często do cukrzycy, i zdecydowanie skraca życie kota. cukrzycy, a pośrednio do schorzeń wielu innych narządów. Nieprawdą jest, że koty tyją z powodu kastracji. Tyją z powodu nadmiaru jedzenia, źle zbilansowanego jedzenia, nieprawidłowego żywienia, wysokiego poziomu stresu i dramatycznego niedoboru ruchu. Koty żyjące na wolności prawie nigdy nie są otyłe, co prawda przeważnie są zwyczajnie niedożywione, ale też biegają, dużo się ruszają, a jedzenie nie składa się z ciągle napełnionej miski, trzeba na nie zapracować, a złapanie zdobyczy czy nawet wygrzebanie resztek ze śmietnika to całkiem spora ilość spalonych kalorii. Te, które mieszkają z nami, potrafią bardzo skutecznie upominać się o dodatkowe porcje jedzenia. To na nas spoczywa odpowiedzialność, żeby nie utuczyć kota, zwłaszcza, że jego odchudzenie jest już sporym wyzwaniem – nie można tak po prostu nie dać mu jeść.

Prawdą jest, że zwierzęta kastrowane często mają mniejsze zapotrzebowanie na ruch, w ich przypadku trzeba więc szczególnie dbać o racje i umieć narzucić SOBIE odpowiednią dyscyplinę. Jeśli do tego kot mieszka w domu, to do nas należy dbałość o odpowiednią dawkę ruchu i zabawy. Bardzo ważne jest podejście do jedzenia „na koci sposób”. Koci żołądek jest mały, przystosowany do przyjmowania małych ilości pokarmu, ale w stosunkowo małych odstępach czasu, dlatego kota nie powinno się karmić „na godziny”. Kot, niezależnie od wieku,powinien mieć stały dostęp do pokarmu, jeśli natomiast należy do tych nadmiernie się objadających, powinno mu się ten dostęp utrudniać, tak, żeby kot musiał na jedzenie „zapracować”. Obecnie na rynku znaleźć można wiele misek, pojemników, systemów, w których kot musi wydobyć z miski pojedyncze chrupki, nie może po prostu podejść i jeść. W ten sposób ograniczamy ilość zjadanego na raz pokarmu, zapewniamy kotu zajęcie, a karma zjadana jest wolniej, nie obciążając żołądka. Karmienie dwa, bądź trzy razy dziennie, o ustalonych porach, sprawia, że kot je „na zapas”, znacznie więcej na jeden rzut, niż gdyby mógł swobodnie podejść do miski bądź pojemnika i zjeść od czasu do czasu kilka chrupek. Zbyt dużo na raz zjadanego jedzenia sprawia, że kot nie spala go na bieżąco, a nadmiar zawsze odłoży się w postaci tłuszczu.

Koniecznie też należy zadbać o odpowiednią dawkę ruchu naszego kota, ponieważ ruch usprawnia krążenie, przyspiesza metabolizm, i ogólnie poprawia samopoczucie naszego kota. Zabawa w polowanie jest bardzo ważna również z punktu widzenia zdrowia psychicznego naszego kota – łańcuch łowiecki jest bardzo silny u naszych domowych łowców, i brak zabawy zastępujących polowanie, z zachowaniem wszystkich jego elementów, kończy się polowaniem na nasze stopy bądź miauczeniem w środku nocy.

My sami możemy ocenić, czy nasz kot jest za gruby – waga niewiele nam powie, ponieważ będzie różniła się w zależności od wielkości kota, jego rasy i budowy. Głaszcząc kota po bokach, powinniśmy być w stanie wymacać jego żebra – nie twierdzę, że mają sterczeć jak sztachety, ale powinny być stosunkowo łatwo wyczuwalne. Jeśli nie jesteśmy w stanie ich namacać, a musimy dość długo „szukać” palcami, gdzie to mogą te żeberka być, czas pomyśleć o odpowiedniej diecie. Uczulam jednak, że z dietą kocią nie wolno eksperymentować – w razie jakichkolwiek wątpliwości, trzeba odwiedzić lekarza, bądź poradzić się naprawdę doświadczonego hodowcy, i oni już odpowiednio ustawią jadłospis dla naszego pupila. Jeśli już okaże się, że nasz kot ma nadwagę, odchudzanie należy przeprowadzać bardzo ostrożnie, odpowiednio zmniejszając ilości zjadanego jedzenia, bądź modyfikując jego skład, na pewno natomiast nie wolno kota głodzić, ponieważ grozi to poważnymi konsekwencjami.

 

KOCI KATAR

Koci katar nie jest nazwą jakiejś jednej choroby, to ogólna nazwa dla różnych zakaźnych chorób dróg oddechowych wywoływanych przez caliciwirusy i herpeswirusy. Choroby te występują również u kotów niewychodzących z domu, możemy je „przynieść” na butach, rękach czy ubraniu. Na szczęście same w sobie nie powodują one śmierci zwierzęcia, ale nie wolno ich absolutnie lekceważyć, gdyż nieleczone prowadzą do bardzo groźnych powikłań w postaci na przykład zapalenia płuc. Koci katar jest często bardzo trudny do wyleczenia, przechodzi w postać chroniczną, a to z kolei ułatwia ich przenoszenie na inne koty. Wyciek z nosa, stale załzawione oczy powinny być podstawą do wizyty u lekarza – on jedynie może ocenić charakter infekcji i sposób leczenia. Chociaż pierwotnymi sprawcami są wspomniane już caliciwirusy i herpeswirusy, otwierają one wrota zakażeniom wtórnym, i początkowa wirusowa infekcja przechodzi we wtórne infekcje wywoływane już na tym etapie przez bakterie, dlatego nie wolno lekceważyć pierwszych objawów kociego kataru i należy bezwzględnie udać się do lekarza.

Przebieg i czas trwania choroby jest bardzo różny, zależy od wieku kota, jego ogólnej kondycji, odporności. Rozpoczyna się podobnie jak nasze przeziębienia, wyciekiem przezroczystej wydzieliny z nosa, kichaniem, łzawieniem oczu. Po tym pojawiają się już poważniejsze objawy, gorączka, zapalenie spojówek, jeśli dojdzie do wtórnego zakażenia bakteryjnego mamy już nie przezroczystą, ale ropną wydzielinę z oczu i nosa, towarzyszy im ogólna osowiałość i brak apetytu. Jeśli do tej pory odwlekaliśmy wizytę u lekarza, to już jest naprawdę alarm, ponieważ choroba może przesunąć się na niższe odcinki układu oddechowego i skończyć się nawet tak ciężkim powikłaniem jak zapalenie płuc.

Dla zakażeń herpeswirusem charakterystyczne są zmiany w obrębie oczu i nosa, czyli zapalenie spojówek, przechodzące często w przewlekłe zapalenie spojówek, niejednokrotnie też zapalenie rogówki. Należy bardzo dokładnie i szybko leczyć wszelkie zmiany zapalne w obrębie rogówki, ponieważ nieleczone mogą prowadzić do bardzo poważnych powikłań. Obserwujemy również zmiany w obrębie jamy nosowej, silne uszkodzenie jej nabłonka, co objawia się częstym kichaniem, chrapaniem, i surowiczą wydzieliną z nosa.

Zakażenia caliciwirusem objawiają się w niższych partiach układu oddechowego, wywołują stany zapalne jamy ustnej i dziąseł, i nadżerki i owrzodzenia na języku lub podniebieniu. Obserwuje się też brak apetytu. W przypadku zejścia infekcji niżej kot może zapaść na zapalenie oskrzeli i płuc, i podobnie jak w przypadku herpeswirusa, bardzo szybko pojawiają się wtórne zakażenia bakteryjne powodujące silną gorączkę i problemy z oddychaniem. Zawsze, gdy zaobserwujemy wyciek z nosa, kichanie, łzawiące oczy, nie zwlekajmy z wizytą u lekarza.

Leczenie polega przede wszystkim na łagodzeniu objawów choroby, a w przypadku powikłań włącza się oczywiście antybiotyki. Aby pomóc organizmowi w walce z wirusem podaje się też witaminy i substancje podnoszące odporność. Niezwykle ważnym elementem kuracji jest usuwanie wydzielin z okolic nosa i oczu, ponieważ pozbawiamy w ten sposób baterii pożywki i ograniczamy zakażenia wtórne. W przypadkach spowodowanych caliciwirusem, z licznymi owrzodzeniami, dobrze jest podawać kotu pokarm półpłynny. Bardzo pomocne, szczególnie w przypadkach wywołanych przez herpeswirusa, jest podawanie lizyny, która hamuje namnażanie się wirusa i jest doskonałą pomocą w walce z chorobą. Ponieważ herpeswirusa nie da się z organizmu usunąć, jest on podobnie jak wirus ludzkiej opryszczki jedynie „uśpiony”, jeśli kot jest silny, okresowe podawanie lizyny jest bardzo skuteczną metodą zapobiegania kociemu katarowi.

Nie ma, niestety, sposobu na uchronienie się przed kocim katarem, nawet szczepiony kot może zachorować, ale ryzyko w przypadku regularnych szczepień jest naprawdę minimalne, a zaszczepiony kot znacznie łatwiej i bez powikłań wychodzi z choroby. Szczepienie przeciwko katarowi kociemu przeprowadza się jeszcze w hodowli, dwukrotnie, w wieku 8 tygodni, i ponowne w wieku 12 tygodni. Idealnie jest, jeśli opiekun doszczepi kota po raz trzeci po ukończeniu przez niego 16-17 tygodni, po czym powtarzamy ją już tylko raz w roku, a u kotów dorosłych co 2 lata. Regularne szczepienie jest jedynym sposobem na zminimalizowanie ryzyka zachorowania naszego kota na koci katar.

 

PANLEUKOPENIA (tyfus koci)

Panleukopenia, zwana również tyfusem kocim lub nosówką kotów, jest groźną dla kociąt chorobą wirusową wywołaną przez parwowirus koci (FPV). Panleukopenia jest wysoce zaraźliwa, a wirus atakuje przede wszystkim jelita i szpik kostny, i w przypadku zachorowania przez kocięta śmiertelność jest bardzo wysoka, nawet do 75%. U starszych kotów przebieg jest zazwyczaj łagodny, często wręcz bezobjawowy.

 

Wirus wydalany jest przez chore koty przede wszystkim z kałem, ale znajdujemy go również w ślinie i innymi wydzielinami chorych kotów. Charakteryzuje się dużą przeżywalnością poza organizmem kota, co sprawia, że bardzo łatwo rozprzestrzenia się nie tylko przez kontakt bezpośredni z zarażonym kotem, ale może być również przyniesiony na butach, na naszym ubraniu czy torbach. FPV może przeżyć w temperaturze pokojowej nawet rok, jest odporny na zamrażanie, trudno się go pozbyć, stosując domowe środki czystości. Skażone przedmioty i powierzchnie powinny zostać dokładnie odkażone, na przykład Domestosem, ale żeby takie odkażanie było skuteczne, musi on działać przez minimum 1 godzinę. Najbardziej narażone na zarażenie są kocięta i młode koty, pomiędzy 6 tygodniem a 4 miesiącem życia. Wirus panleukopenii przekracza również barierę łożyskową, co jest poważnym zagrożeniem dla rozwoju płodów, najczęściej powodując ich śmierć jeszcze w łonie matki, lub wczesna śmierć noworodków.

 

W wyniku infekcji w jelitach kota dochodzi do stanu zapalnego, prowadzącego bardzo szybko do upośledzenia wchłaniania i odwodnienia. Zaatakowanie przez wirus szpiku kostnego prowadzi do upośledzenia produkcji białych ciałek krwi, co kończy się poważną leukopenią i całkowitym spadkiem odporności, wystawiając kota na wszelkiego rodzaju wtórne zakażenia, których konsekwencją jest niejednokrotnie sepsa i śmierć.

 

Choroba rozpoczyna się wysoką gorączką, połączoną z utratą łaknienia i odmową picia. Kota wyraźnie boli brzuch, niechętnie się rusza, nie chce się bawić, przestaje pielęgnować futro. Bardzo szybko pojawiają się wymioty, a po 2-3 dniach dołącza się do nich ostra biegunka, często z domieszką krwi. Przebieg jest niekiedy bardzo gwałtowny, prowadzący do śmierci nawet w ciągu 3 dni, szczególnie u bardzo młodych kociąt.

 

W przypadku zachorowania, odporność pojawia się po około dwóch tygodniach od zarażenia, i po przebyciu choroby jest ona przypuszczalnie trwała, przez całe życie kota. Kocięta przez pierwsze 8-12 tygodni zabezpieczone są przeciwciałami uzyskanymi od matki. Wkraczając około 8 tygodnia z programem szczepień, hodowca zabezpiecza kocięta przed zachorowaniem, jednak ze względu na dużą zaraźliwość wirusa i powszechność choroby, nowy opiekun musi pamiętać o regularnym doszczepianiu kota. Szczepionka przeciwko panleukopenii znajduje się w standardowych szczepionkach „zbiorczych”, podawanych przez naszego lekarza.

 

BIAŁACZKA KOCIA (FeLV)

Białaczka kocia wywołana jest wirusem białaczki kociej (FeLV, Feline Leukemia Virus), należącym do retrowirusów. Wszystkie retrowirusy, łącznie z kocim wirusem niedoboru immunologicznego (FIV) i ludzkim wirusem niedoboru immunologicznego (HIV), produkują enzym, który pozwala im wstawiać kopie własnego materiału genetycznego w komórkach, do których wniknęły. Chociaż spokrewnione, wirusy FeLV i FIV różnią się na wiele sposobów, łącznie z ich wyglądem: FeLV jest bardziej okrągły, a FIV wydłużony. Oba wirusy różnią się również genetycznie.

Koty ulegają infekcjom FeLV pod każdą szerokością geograficzną, zarówno domowe, jak i rasowe, ale częstość występowania zakażenia różni się w zależności od ich wieku, zdrowia, warunków i stylu życia. W przypadku hodowli białaczka kocia została skutecznie wyparta dzięki programowi szczepień ochronnych, i jeśli nowi opiekunowie nie zaniedbają szczepienia swoich kotów, te wychodzące spod skrzydeł hodowcy powinny do końca swojego życia pozostać wolne od FeLV.

Białaczka nie jest chorobą, którą możemy przynieść „na butach”. Wirus FeLV ginie poza organizmem kota w ciągu kilku minut, żeby się zarazić, koty muszą mieć ze sobą bezpośredni kontakt. Wirus rozprzestrzeniany jest przede wszystkim przez ślinę zarażonego kota, koty zarażają się podczas wzajemnej pielęgnacji, czy w trakcie walk o kocice bądź terytorium (ugryzienia). Zarażony kot wydala wirusa także z kałem, moczem, czy łzami, a zarażone kotki wydalają go również z mlekiem, zarażając swoje kocięta. Białaczka jest chorobą jedynie kotowatych, ani człowiek, ani zwierzęta innych gatunków nie mogą się nią od kota zarazić.

Okres utajenia po zarażeniu jest bardzo różny, od kilku tygodni do nawet kilku lat. Choroby wywoływane przez wirus białaczki kociej obejmują silne osłabienie odporności, anemię, zapalenie stawów i nerek, choroby układu rozrodczego i nerwowego, oraz choroby nowotworowe. Najczęstszą z chorób spowodowanych wirusem FeLV jest niedokrwistość aplastyczna, której głównym objawem jest jest stałe chudnięcie kota, staje się on apatyczny, traci apetyt. Objawom tym towarzyszy powiększenie węzłów chłonnych i często niewielka gorączka. W miarę upływu czasu organizm kota słabnie i staje się podatny na różne infekcje, takie jak zapalenie dróg oddechowych, uszu, dziąseł czy przewodu pokarmowego. W dalszym przebiegu choroby może dojść do powstania mięsaków limfatycznych (zmiany nowotworowe) po podaniu niektórych szczepionek, i zmiany nerwowe (nietrzymanie moczu, niedowład kończyn).

Białaczka jest chorobą nieuleczalną, gdy już pojawią się objawy, leczenie ma na celu jedynie poprawę samopoczucia i ich złagodzenie.

Na szczęście w walce z białaczką nie jesteśmy samotni – regularne szczepienia kotów wychodzących, bądź w jakikolwiek inny sposób narażonych na zarażenie, pozwolą uchronić nasze koty przed tą chorobą.

 

ZAKAŹNE ZAPALENIE OTRZEWNEJ (FIP)

Zakaźne zapalenie otrzewnej (FIP, Feline Infectious Peritonitis) to rzadka, śmiertelna choroba wirusowa kotów. Wywołana jest przez mutację niegroźnego jelitowego koronawirusa kotów FECV. Koronawirusy są bardzo powszechne i wywołują choroby dróg oddechowych i przewodu pokarmowego u wielu gatunków zwierząt, na przykład u świń i psów, a także nasze ludzkie przeziębienie. FIP jest jak dotąd nieuleczalny, i nie ma skutecznych metod zapobiegania infekcjom samymi koranawirusami, nie ma też opracowanych skutecznych szczepień przeciwko tej chorobie. Dotyka zarówno koty rasowe, jak i wolno żyjące. Wiadomo jest już również, że ogromną rolę w podatności na zachorowanie na FIP mają czynniki genetyczne, i w Stanach Zjednoczonych w University of California w Davis prowadzone są badania w celu znalezienia odpowiednich markerów, pozwalających na eliminację z hodowli kotów, które w pewnych warunkach mogłyby okazać się podatne na zachorowanie.

 

FIP został po raz pierwszy opisany jako jednostka chorobowa w latach 50., a od lat 60. obserwowany jest stały wzrost w ilości notowanych przypadków zachorowań na FIP. Przyczyna tak nagłego pojawienia się choroby nie jest dokładnie znana, wskazuje się jednak na dwa istotne czynniki. Forma koronawirusa wywołującego bezpośrednio FIP jest bardzo zbliżona do psiego koronawirusa, i znany jest przynajmniej jeden szczep psiego koronawirusa, który wywołuje łagodne zapalenia jelit u kotów, i który potrafi przejść w FIPogenną odmianę, powodując wystąpienie choroby. Według tej teorii bardzo możliwe wydaje się, że to psi koronawirus jest „rodzicem” kociego FIP. Inna teoria zakłada, że mutacja koronawirua do postaci FIP występuje tylko w jednym, stosunkowo nowym szczepie kociego koronawirusa, i że ten właśnie szczep pojawił się w latach 50. Koronawirusy, takie jak koci FECV, podlegają stałym mutacjom wynikającym ze sposobu, w jaki replikowany jest ich RNA, dlatego też albo mutacje w obrębie kocich koronawirusów, albo takie wynikające z mieszanki genetycznej pomiędzy blisko spokrewnionymi koronawirusami różnych gatunków zwierząt, doprowadziły do powstania choroby będącej dziś najpoważniejszą z nieuleczalnych, doprowadzających do śmierci chorób naszych podopiecznych.

 

Koronawirus FECV jest bardzo rozpowszechniony u kotów, zarówno domowych, jak i dziko żyjących, i jako taki wywołuje w najgorszym wypadku lekką biegunkę, a często, szczególnie w przypadku kotów dorosłych, zakażenie następuje zupełnie bezobjawowo. Koty zarażają się jelitową formą koronawirusa drogą pokarmową – przez jakiś czas po zarażeniu, kot, który sam może w ogóle nie przejawiać żadnych objawów „złapania” wirusa, staje się siewcą (przez 4-6 miesięcy, niekiedy przez rok, a w bardzo rzadkich przypadkach nawet przez całe życie), i wydala go w swoich odchodach. Przyjmuje się, że w domu, w którym jest więcej niż jeden kot, jeśli choć jeden miał kontakt z koronawirusem, 80 do 90 % kotów przejdzie infekcję FECV. Właściciel najczęściej w ogóle tego nie zauważy, ponieważ koty zainfekowane koronawirusem FECV bardzo często nie wykazują żadnych objawów chorobowych, niekiedy biegunkę, która bardzo szybko ustępuje bez leczenia. Koty mogą wielokrotnie ulegać infekcjom koronawirusem FECV, za każdym razem produkując przeciwciała, i będąc ponownie przez jakiś czas siewcami koronawirusa. Jelitowy koronawirus FECV wydalany z kałem bardzo łatwo rozprzestrzenia się poprzez piasek i pył unoszący się z niego, może być łatwo przeniesiony na ludzkich ciałach i ubraniach, może zostać przyniesiony przez samego kota ze spaceru, po czym zlizany z łap podczas mycia i pielęgnacji futra. Kocięta, jeśli w ich otoczeniu jest kot, który miał styczność z koronawirusem, przechodzą pierwszą infekcję jelitowym koronawirusem FECV najczęściej w wieku 9-10 tygodni. Jeśli nie przejdą infekcji w trakcie odchowu i opuszczą hodowlę „czyste”, nie znaczy to, że będą już całe życie wolne od koronawirusa, jako że jego przeniesienie czy to w trakcie kontaktu z innymi kotami (dokocenie, krycie, wychodzenie na dwór, nasze buty) jest możliwe w każdym wieku, i więcej niż tylko jeden raz.

 

W pewnych przypadkach ta niegroźna postać koronawirusa FECV mutuje do formy określanej jako FIPV, odpowiedzialnej bezpośrednio za FIP. Chociaż mutacja do FIPV jest bardzo częsta i powszechna, na szczęście tylko u niewielkiego odseteka kotów wystawionych na działanie FIPV wystąpi choroba. Koronawirus FECV podlega ciągłym mutacjom, i kot może równocześnie posiadać różne genetyczne formy wirusa, co w żaden sposób nie wpływa na jego zdrowie. Jest jednak mutacja blokująca działanie jednego malutkiego genu, nazywanego 3c, która sprawia, że wirus zaczyna zachowywać się zupełnie inaczej, niż rodzicielski FECV. Wszystkie wirusy FIP, które udało się wyizolować w badaniach na Uniwersytecie Kalifornijskim w Davies, miały zmiany w obrębie genu 3c. Oczywiście tylko część z tych „mutantów” wywoła chorobę, w zależności od genetycznych predyspozycji kota, warunków, w jakich się znajduje, i jego ogólnej kondycji zdrowotnej.

 

Koronawirus FIPV wywołuje oczywiście odpowiedź organizmu i produkcję przeciwciał, jest ona jednak nie tylko nieskuteczna, ale wręcz pogarsza sprawę. Przeciwciała nie neutralizują wirusa, ale jedynie wiążą go, i jeśli przedostaną się przez barierę jelitową do krwiobiegu, stają się posłańcami i transporterami wirusa po całym organizmie. W taki sposób wirus FIP dostaje się do wielu różnych ważnych narządów, wywołując ich poważny stan zapalny.

 

FIP występuje w postaci wysiękowej, czyli z charakterystycznym płynem w obrębie jam ciała, lub w postaci bezwysiękowej. Postać wysiękowa jest znacznie częstsza, jest też ona trochę łatwiejsza do zdiagnozowania. W tej formie choroby bardzo szybko pojawia się charakterystyczny, słomkowej barwy pienisty płyn, zbierający się w jamach ciała, lepki w dotyku z powodu dużej ilości elementów białkowych. Płyn zbiera się najczęściej w jamie brzusznej, rzadziej w klatce piersiowej, niekiedy w obu. W bardzo rzadkich przypadkach zbiera się także w worku osierdziowym, powodując poważne zaburzenia pracy serca. W przypadku zebrania się w jamie brzusznej lub w klatce piersiowej bardzo szybko obserwuje się problemy z oddychaniem. W wyniku uogólnionego stanu zapalnego, w postaci wysiękowej bardzo często szybko rozwija się niewydolność wątroby i żółtaczka, ale stany zapalne obejmuą też trzustkę, śledzionę, i inne narządy, często też obserwuje się zmiany w gałkach ocznych i objawy neurologiczne.

 

W przypadku FIP bezwysiękowego diagnozowanie jest znacznie trudniejsze. Uporczywa gorączka nie dająca się zbić lekami, stała utrata wagi, anoreksja, wycofanie się z życia i ciągłe spanie, odmowa kontaktu, „nieobecność”, wydają się być najważniejszymi symptomami. Te same objawy towarzyszą też odmianie wysiękowej. W badaniu pośmiertnym obserwuje się zmiany na narządach, które objęte były stanem zapalnym, zwane ziarniakami. Ziarniniaki ropne tworzą się w różnych narządach i tkankach, są efektem zapalenia drobnych naczyń żylnych i ich okolic, i powstają najczęściej w śledzionie, wątrobie, nerkach, gałkach ocznych, i w obrębie otrzewnej. Zmiany te są w badaniu klinicznym z reguły nie do wykrycia, jedynie nierówna powierzchnia nerek, bądź powiększenie węzłów chłonnych krezkowych mogą nasuwać podejrzenie. Często też obserwuje się różnego rodzaju objawy neurologiczne, jak problemy z chodzeniem, lub stany zapalne w obrębie gałki ocznej (zapalenie błony naczyniowej, wypadnięcie trzeciej powieki, ogniska zapalne w rogówce, odkształcenie źrenicy, zmiana zabarwienia tęczówki, złogi w przedniej komorze oka, wylewy i ogniska martwicze na siatkówce).

 

Diagnozowanie FIP jest bardzo trudne, ponieważ nie ma jakiegoś jednego „testu na FIP”, lekarz musi więc oprzeć się na kilku badaniach i ich wynikach. Na pewno niewielką użyteczność mają badania na obecnośćć przeciwciał koronawirusa – nie są one w stanie odróżnić przeciwciał FECV od FIPV, w związku z czy nie mówią nam, z jaką infekcją kot się zmaga, jedynie tyle, że przeszedł infekcję jakimś kocim koronawirusem. Wynik badania serologicznego na poziom przeciwciał u kota chorego ma więc bardzo ograniczoną wartość diagnostyczną, i nigdy nie może być podstawą do decyzji o eutanazji, należy wykonać inne badania. Żadnej natomiast wartości prognostycznej nie ma oznaczanie poziomu przeciwciał u kota zdrowego. Stwierdzenie u takiego kota przeciwciał ani nie oznacza, że jest on odporny na FIP, ani nie zapowiada rozwoju tej choroby w przyszłości, ani też nie upoważnia do wniosku, że osobnik ten jest nosicielem zarazka groźnego dla innych kotów, ponieważ kot taki wcale nie musi być siewcą (chociaż na pewno na jakimś etapie swojego życia był), mówi nam jedynie, że kot przeszedł infekcję jakimś szczepem bądź szczepami koronawirusa. Na pewno dużym ułatwieniem w diagnozowaniu jest badanie płynu w przypadku FIP wysiękowego, jak również badanie krwi, w którym przy FIP charakterystyczne są leukopenia i stosunek albuminy do globuliny poniżej 0,6, jak również podwyższony poziom gamma globulin.

 

Zgodnie z dzisiejszą wiedzą medyczną, FIP jest nieuleczalny, jego przebieg jest często gwałtowny, a ogromne cierpienie, na jakie narażony jest kot w końcowym stadium choroby, najczęściej zmusza opiekunów i lekarza do podjęcia najtrudniejszej z decyzji, czyli tej o eutanazji. To chyba największy koszmar, jakiemu muszą stawić czoła opiekunowie kotów, które zapadną na FIP. Trzeba jednak pamiętać, że ile bólu i cierpienia nie kosztowałaby nas ta decyzja, odchodzenie z uduszenia i w bólu pękającego od ogromnej niekiedy ilości płynów brzucha jest straszne, i nieludzkie byłoby skazać naszego kota na taki koniec. Należy więc zrobić wszystko, żeby jak najdokładniej zdiagnozować naszego kota, zaufać naszemu lekarzowi, i jeśli tylko jest to możliwe, zapewnić naszemu kotu opiekę paliatywną tak długo, dopóki możemy zapanować nad jego cierpieniem.

 

Profilaktyka FIP w naszych domach to dbałość o dobre warunki bytowe naszych podopiecznych, dbałość o ich zdrowie, sprawne i prawidłowe trawienie, ponieważ to bariera jelitowa jest pierwszą tarczą dla wielu zresztą zarazków, nie tylko tych najgorszych. Jeśli już FIP miałby się pojawić, występuje u kotów w chwilach wyraźnego obniżenia sprawności układu immunologicznego, a więc po zmianie domu, przybyciu nowego kota, po poważnych operacjach, przy jakiejkolwiek sytuacji wywołującej u kota stres. Dlatego tak ważne jest, żeby szczególnie przed trudnymi sytuacjami w życiu naszego kota zadbać o podniesienie jego odporności. Nie ma też, niestety, skutecznej szczepionki przeciwko FIP. Opracowana została donosowa szczepionka, działająca jednak na niektóre szczepy koronawirusa, i nie dająca w żaden sposób gwarancji odporności na FIP.

 

Czy możliwe jest uzyskanie hodowli absolutnie wolnej od koronawirusa?

 

Teoretycznie tak, przy zachowaniu bardzo surowych procedur, niekoniecznie dobrych dla prawidłowego wzrostu kociąt – czyli izolacja od matki i innych dorosłych kotów od 5-6 tygodnia życia, jeśli mamy pewność, że matka jest wolna od koronawirusa, można ewentualnie pozostawić przy niej kocięta. Postępowanie takie, do niedawna jeszcze zalecane przez wielu lekarzy weterynarii, mija się z celem, po pierwsze zaburza poprawną socjalizację kociąt, zbyt szybko pozbawiając je matek i innych dorosłych kotów, od których uczą się przecież porozumiewania w grupie i poprawnego funkcjonowania z innymi kotami, a poza tym, zapewnia jedynie, że w momencie opuszczania hodowli kociak jest wolny od FECV. Z chwilą zmiany domu i tak będzie wystawiony na kontakt z koronawirusem wcześniej czy później, szczególnie w przypadku, gdy będzie drugim, trzecim lub czwartym kotem, a infekcję FECV kot może przejść w każdym wieku, przy czym sam wirus może zostać przyniesiony nawet przez opiekuna. Dlatego też tego rodzaju postępowanie nie jest już zalecane.

 

Obecnie lekarze kładą nacisk na selekcję kotów używanych w hodowli, ponieważ kluczowym czynnikiem chroniącym koty przed zachorowaniem wydaje się ich odporność. W przypadku powtarzających się przypadków, bądź sytuacji, w których z jednego miotu na FIP zachorowało więcej niż jedno kocię, zaleca się analizę linii, sprawdzenie, czy po którejś stronie były już przypadki FIP, i eliminację z hodowli kotów, u których powtarzają się przypadki choroby. Wymaga to od opiekunów informowania swoich hodowców o każdym zachorowaniu, a od hodowców współpracy i wymiany informacji.

 

Najwięcej lęków budzi pytanie, co robić, jeśli w domu jest więcej kotów, i jeden z nich zachoruje na FIP, co z pozostałymi. Na szczęście z jakiegoś powodu koty nie zarażają się FIP jako takim. Przypuszcza się, że dzieje się tak dlatego, że FIPV namnażają się w makrofagach, a te nie są wydalane z kałem. Oczywiście trzeba mieć świadomość, że i pozostałe koty na pewno miały styczność z koronawirusem jelitowym, skoro żyły pod jednym dachem – to jednak nie znaczy, że kiedykolwiek zachorują na FIP. W przypadku odejścia kota na FIP, pada pytanie, kiedy można sprowadzić do domu kolejnego kota. Liczby, jakie padają z ust lekarzy, są bardzo różne, od dwóch tygodni po 6 miesięcy. Koronawirusy są zupełnie nieodporne na nasze środki czyszczące, mogą przetrwać do 6-8 tygodni w kale, ale jakoś nie wyobrażam sobie, żeby była to substancja, która tak długo leżałaby w jakimkolwiek domu. Według mojego lekarza dwa tygodnie przy dokładnym zdezynfekowaniu tego, czego nie możemy uprać, usunięciu misek, wyparzeniu kuwet i wymyciu ich środkami z detergentami, to wystarczający okres – zwłaszcza, że kot, którego sprowadzimy, żeby wypełnił pustkę po utraconym przyjacielu, może już miał kontakt z koronawirusem w swoim poprzednim otoczeniu. Wiem, że strach po tej chorobie pozostaje już na zawsze – ale pamiętajmy, że na szczęście nie jest to choroba częsta, a dzięki rozwojowi wiedzy na jej temat na pewno niedługo uda się nam z nią uporać.

 

Bibliografia:

Understanding Feline Inectious Petronitis, Dr. Niels C. Pedersen, Director of the Veterinary Genetics Laboratory and Director of the Center for Companion Animal Health at the University of California at Davis.

Feline Infectious Peritonitis, Arnold Plotnick MS, DVM, ACVIM, ABVP

_________________________________________

autor opracowania: Dorota Szadurska

 

Na tej stronie postaram się przybliżyć Państwu troszkę koci świat. Koty na ogół przeciwstawia się psom jako zwierzęta samowystarczalne, aspołeczne, niechętne do jakiejkolwiek współpracy i z gruntu interesowne i fałszywe. Nie będę udawała, że nie było czasu, kiedy też tak myślałam. Wydawało mi się wręcz, że zestawienie ja + kot to raczej nie jest dobre połączenie, wręcz niemożliwe, a już na pewno nie na długo.

Rzeczywistość, jak w wielu innych sprawach, skorygowała, jeśli nie absolutnie wszystkie, to zdecydowaną większość tych opinii. Właściwie jedyne, co mi pozostało z tamtego okresu, to świadomość, że kot ma inną psychikę niż pies. To jedyne „wierzenie”, któremu nadal jestem wierna, cała reszta nadaje się natomiast „między bajki”, żeby nie wymienić tutaj bardziej prozaicznego miejsca. Kot na pewno nie jest takim łatwym towarzyszem jak pies, ale jaką to daje satysfakcję gdy odkryjemy, że to nasze kroki rozpoznaje i siedzi pod drzwiami by być tym pierwszym, który nas przywita. Bo jako prawdziwy piecuch, w przeciwieństwie do psa, nie dla każdego przerwie swoją drzemkę i wylegiwanie, żeby to zrobić…
Kotka brytyjska GIC Borgia Agilis Cattus*PL

Nasze postrzeganie kotów

Koty mają dwoistą naturę. W domu są pluszowymi, miękkimi, mruczącymi przytulankami; gdy znajdą się poza nim, zamieniają się w koci odpowiednik Terminatora – potrafią wytropić, osaczyć i zabić swoją ofiarę z doskonałą zręcznością. Oczywiście są wyjątki. Niektóre koty nie złapałyby myszy nawet gdyby ta siedziała im przed nosem, ale takie przypadki trafiają się niezmiernie rzadko.

Zmysłem, który pobudza kota do polowania jest wzrok. Jeśli zobaczą coś poruszającego się bardzo szybko, będą to odruchowo ścigać, nawet jeśli nie zdążą zarejestrować, co to właściwie jest. (Wiedzą o tym wszyscy, którym zdarzyło się chodzić boso po domu, bądź wystawić bosą stopę spod kołdry – poruszające się palce „upolowane” zostają szybko i sprawnie, mimo iż kot z pewnością nie ma wątpliwości, że nie jest to mysz.) Tę cechę wykorzystujemy, aby się z kotem pobawić – umykające na podłodze światło lasera, czy przesuwająca się przed kocim nosem sznurówka udająca mysi ogonek natychmiast prowokują większość kotów do pogoni i zabawy.

Gdy kot spostrzeże coś, co warte jest upolowania, całe jego ciało postawione jest w stan gotowości, źrenice rozszerzają się, a uszy i wąsy kierowane są do przodu, skoncentrowane na ofierze. Kot następnie rozpłaszcza się, i szuka miejsca, za którym mógłby się ukryć, i które równocześnie byłoby dobrym miejscem do rozpoczęcia ataku. Zdumiewająca jest cierpliwość, z jaką kot potrafi czekać w ukryciu na dogodny moment. W każdym razie kota od tej strony znamy bardzo dobrze, niejednokrotnie złoszcząc się, że nie chce biegać, mimo bardzo atrakcyjnych, poruszających się piórek czy innych zabawek. My uważamy, że kot nic nie robi, ale on się doskonale bawi – jak to określiło dziecko znajomych, „ulubioną zabawą kotów jest zabawa we wpatrywanie”. Coś w tym jest!

Instynkt polowania jest u kota tak silny, że nawet nasi domowi pupile próbują upolować coś gdy mają ku temu okazję, mimo że trudno powiedzieć aby robiły to z głodu. Wielu właścicieli kotów zetknęło się z przypadkami „obdarowywania” ich przez koty upolowaną zdobyczą. Być może przyczyną tego jest fakt, że kot bardzo szybko orientuje się, jak beznadziejnymi jesteśmy łowcami, i po prostu nie chce, abyśmy chodzili głodni…

Takie zachowanie jest jednak przeciwne do typowego, które świadczy o tym, że człowiek jest przez kota traktowany jako rodzic. Ponieważ człowiek dostarcza kotu wszystkiego, czego normalnie dostarcza mu matka, zapewnia pożywienie, zabawę, ciepło i pełne miłości oddanie, nasi milusińscy nigdy naprawdę nie muszą „stawać na własnych nogach”, w związku z czym pozostają zawsze niedojrzali, w każdym razie jeśli chodzi o ich zachowanie. Dla nas to piękne sygnały, które sprawiają, że postrzegamy koty jako urokliwe i wdzięczne stworzenia.

Nasz kot okaże nam „kocięce zachowania” na wiele różnych sposobów. Jednym z nich będzie wysoko podniesiony ogon przy powitaniu – jest to postawa, którą kociak przybiera podchodząc do matki. Oznacza to zadowolenie, a podniesiony ogon umożliwia matce wylizanie podbrzusza – coś, co na pewno byśmy zrobili z naszymi kocimi dziećmi, gdybyśmy byli kocimi mamami. Gdy głaszczemy naszego kota, bardzo często będzie wbijał pazurki w nasze kolana, udeptując je namiętnie. Jest to zachowany z wczesnego dzieciństwa odruch udeptywania matczynego brzucha w trakcie ssania, mający przypuszczalnie pobudzać wydzielanie mleka podczas karmienia. Zachowaniu temu często towarzyszy mruczenie.

Takie zachowania są być może przyczyną, dla których tak kochamy koty; któż bowiem nie lubi, gdy okazuje mu się uwielbienie, i to w tak przemiły, mięciutki i mruczący sposób?

Jak kot postrzega świat

My, ludzie, polegamy głównie na zmysłach wzroku i słuchu. Gdy wchodzimy do pokoju, rozglądamy się, i zwracamy uwagę na przedmioty, które mają dla nas znaczenie, bądź które mogłyby w jakiś sposób mieć na nas wpływ. Polegamy przede wszystkim na naszych oczach – wzrok jest głównym narzędziem naszej oceny sytuacji. Dopóki w pokoju nie ma naprawdę silnego, przyjemnego bądź nie, zapachu, na wonie w ogóle nie zwrócimy uwagi. Kot nie może polegać jedynie na wzroku, chociażby ze względu na swoją wielkość.

Aby choć trochę przybliżyć sobie kocią perspektywę, musielibyśmy cofnąć się nieco w czasie, do okresu, w którym my sami mieliśmy ograniczone możliwości postrzegania otoczenia. Kot będzie miał ogląd świata podobny do raczkującego dziecka. Trudno to sobie wyobrazić, ale wystarczy kucnąć i tak rozejrzeć się wokół, żeby choć trochę zobaczyć, ilu ograniczeniom podlega postrzeganie naszego domu przez kota, gdyby miał on polegać jedynie na wzroku. A trzeba pamiętać, że kocia głowa położona jest jeszcze niżej, niż nasza, gdy kucamy. Stojąc, widzimy wszystko z dość dużej wysokości. Dla kota przedmioty np, na stole, bądź na innych wyżej położonych miejscach, są poza zasięgiem wzroku. Trudno to sobie przypomnieć, ale spróbujmy sobie wyobrazić, jak strasznie by było ciągle zadzierać głowę, kiedy słyszymy jakieś dźwięki np. na stole, stuk talerzy, rozlewanie herbaty, a my nic nie widzimy. Tak to pewnie było, gdy byliśmy dziećmi… Pierwsza różnica pomiędzy kotem a dzieckiem polega na tym, że kot potrafi uzupełnić mnóstwo informacji używając węchu i słuchu. Drugą natomiast jest jego umiejętność przeniesienia się wyżej, tak aby zobaczyć i zrozumieć więcej. Dzieci właściwie też posiadają tę umiejętność – wdrapują się na nasze kolana samodzielnie, bądź wyciągają ręce, żeby znaleźć się wyżej 🙂 Ale zawsze potrzebują do tego naszej pomocy, koty, ku naszej rozpaczy, doskonale radzą sobie same 🙂 To, między innymi, dlatego koty tak lubią się wspinać. Do niedawna uważano, że koty, podobnie jak psy, widzą świat „na szaro”. Obecnie naukowcy przypuszczają, że koty widzą świat w odcieniach niebiesko-zielono-szarych, pozbawione są więc widzenia barwnego takiego, jakim my dysponujemy, ale za to ich wzrok wyczulony jest na najmniejszy nawet ruch.

Zmysłem, który niesie chyba najwięcej informacji, i który najbardziej może uspokoić bądź zdenerwować kota, jest węch. W opisach i książkach na ogół nie poświęca mu się zbyt wiele uwagi, ja myślę jednak, że to błąd. Wystarczy popatrzeć, jak dużo czasu kot poświęca na obwąchanie wszystkiego, co przynosimy do domu, na obwąchanie nas samych. Potrafi na nas naprychać, gdy wniesiemy do domu zapach psa, albo jeszcze gorzej, kota koleżanki. Nie widzą przecież źródła tego zapachu. Widzą nas. Nie są ślepe, widzą że my to my, ale inny zapach sprawia, że nam już nie ufają. Podobnie więc, jak my budujemy świat naszymi oczami, tak koty budują coś w rodzaju zapachowego wzorca swojego domu. Gest, który tak lubimy, ocieranie głową i policzkami, to swoiste „naznaczanie” nas kocim zapachem, mające na celu oznaczenie nas jako przyjaciół.

Chociaż więc dla nas świat zapachów to ten mało istotny, pamiętajmy, że dla kota węch jest jednym z podstawowych źródeł informacji o otaczającym go świecie.

Struktura kociego świata

Koty niesłusznie uważa się za zwierzęta wyniosłe i mające za nic ludzkie towarzystwo, za samotników krótko mówiąc. Nie jest to prawda. Gdyby tak było, kot nie mógłby przebywać z rodziną ludzką. Historia wspólnego życia kota z człowiekiem jest znacznie krótsza niż nasza przygoda z psem, koty nie mają więc za sobą tak długiego okresu przystosowywania się do życia z człowiekiem, jak psy. Poza tym, kot nie żyje w stadzie jako takim, nie jest zwierzęciem stricte społecznym, jak psowate, nie ma więc potrzeby współpracy i podporządkowania się za wszelką cenę, żeby tylko nie zostać wykluczonym. Koty potrafią od czasu do czasu łączyć się w luźne grupy, ale nie ma w nich tak ścisłych zależności jak w stadzie np. wilków lub likaonów. Wyjątek stanowią lwy, które są jedynymi naprawdę stadnymi kotami, a struktura ich społeczności podobna jest do psiej. Poza nimi, koty to zwierzęta terytorialne, te nasze domowe w większości doskonale dostosowują się do życia w grupie innych kotów bądź innych zwierząt, pod warunkiem, że mają odpowiednio dostosowane otoczenie, ale niektóre nie tolerują innych osobników, a na zbliżenia pozwalają sobie jedynie w okresie rui. Warto o tym pomyśleć, gdy chcemy wprowadzić do domu drugiego kota, i pamiętać, że nie zawsze taka operacja skończy się powodzeniem. Większość kotów potrafi jednak tolerować obecność innych osobników, jak również zwierząt innych gatunków.

W warunkach naturalnych koty często tworzą luźne grupy, zwane koloniami. Wielkość takich kolonii uzależniona jest od ilości dostępnego pożywienia. W ich obrębie obserwuje się niekiedy współpracę pomiędzy kotkami, pomagającymi sobie nawzajem w pielęgnacji kociąt. To znaczy, że nie wszystkie koty pozbawione są odruchów społecznych. Podobnie i my jako towarzysze kociego życia nie jesteśmy im obojętni. Ktokolwiek miał do czynienia z dobrze ułożonym, zadbanym kotem, wie, jak silne więzy mogą łączyć go z człowiekiem. Koty są czułymi, wesołymi, pełnymi uroku i wdzięku towarzyszami. Prawdą jest jednak, że jeśli kot nie jest przyzwyczajonym odpowiednio wcześnie do ludzi, świetnie sobie radzi pędząc spokojne życie z dala od ludzkiego towarzystwa. Być może dlatego uważamy, że nie jesteśmy kotom potrzebni, bo trudno nam się pogodzić z faktem, że koty, inaczej niż psy, potrafią dać sobie bez nas radę. A jednak kot, urodzony i wychowany przy człowieku, bez niego czuje się „niepełny”, i pozbawienie go ludzkiego towarzystwa jest źródłem ogromnego stresu i poczucia nieszczęścia.

Kocia postrzeganie świata rządzi się swoimi prawami. Zacznijmy od kota jako jednostki. Każdy kot rozróżnia cztery podstawowe obszary. Zrozumienie ich istoty nie powinno być dla nas trudne, jako że człowiek dzieli swój świat w podobny sposób.

Pierwsza, najbardziej ograniczona przestrzeń to strefa prywatności. To przestrzeń przeznaczona dla osób, bądź innych zwierząt, uważanych za najbliższe. To przestrzeń najściślejszej bliskości, którą ma również każdy z nas. Doskonale znamy to uczucie, kiedy ktoś siada zbyt blisko nas, albo w rozmowie za bardzo zbliża do nas twarz, dotyka nas lub w inny sposób wkracza w naszą prywatną przestrzeń – odbieramy to jako niestosowność, najczęściej budzi się w nas złość czy nawet agresja. Grzecznie ją ukrywamy, i pod byle pretekstem szybko kończymy rozmowę, a najczęściej i znajomość 🙂 Kot reaguje podobnie. Chętnie siądzie nam na kolanach, ale nie usiedzi nawet przez chwilę na kolanach obcej osoby, często nawet nie pozwoli się pogłaskać widzianemu po raz pierwszy gościowi. Zaprzyjaźnionemu kotu pozwoli wylizać uszy, ale obcego kota, bądź nawet znajomego, ale niezbyt lubianego – przepędzi. Po raz kolejny powtórzę, że trzeba o tym pamiętać szczególnie wtedy, gdy wprowadzamy do domu kolejnego kota. Nie oczekujmy natychmiastowej przyjaźni, i przygotujmy się na naprawdę długi okres adaptacji i przyzwyczajania się kotów do siebie. Niekiedy, choć dzieje się to rzadko, rezydent nigdy nie zaprzyjaźni się z nowym domownikiem, i to też powinniśmy zrozumieć – jak sobie pomyślę, że miałabym być skazana na życie z niektórymi ludźmi, codzienne i bezwarunkowe…. Niekoniecznie… Takie skrajne postawy to na szczęście wyjątki, najczęściej prędzej czy później między kotami rodzi się zażyłość. Cierpliwość jest najważniejsza, u jednej z moich znajomych proces ten trwał 2 miesiące. W tej chwili koty są wielkimi przyjaciółmi, ale na początku…

Następna strefa to przestrzeń oddziaływań pomiędzy kotami zamieszkującymi tę samą przestrzeń. Jest ona przeznaczona dla dalszych znajomych. Nie ma już w niej szczególnej bliskości, ale też nie ma lęku i agresji. Kot wejdzie z kotami bądź ludźmi „ustawionymi” w tej przestrzeni w bliższy kontakt, ale będzie to jednak relacja naznaczona pewnym dystansem. Niekiedy da się pogłaskać, a niekiedy na to nie pozwoli, ale nie będzie reagować zdecydowanie negatywnie bądź agresywnie. W obrębie tej strefy kot pozwali gościom usiąść obok siebie na kanapie, może nawet krótko pogłaskać, ale raczej nie pozwoli wziąć się na ręce.

Kolejna strefa to teren domowy, takie terytorium kocie, czyli nasze mieszkanie, albo dom z ogrodem. Kot uważa się za jej wyłącznego właściciela. Będzie ze swojego królestwa przeganiał wszystkich intruzów. Bardzo ważnym codziennym rytuałem jest obchodzenie swoich włości, traktowanych jako teren prywatny. Obserwujemy to nawet w mieszkaniach – kot codziennie po przebudzeniu biegnie do innych pomieszczeń, koty „przydomowe” patrolują ogródki, najczęściej znacząc granice swojego terenu. Wielkość tej strefy zależy od liczebności kotów i dostępności pożywienia, jeśli jest go dużo, koty są w stanie tolerować bezpośrednie sąsiedztwo innych kotów. W przypadku kotów dziko żyjących, im mniej jedzenia, tym zajadlej walczą one o większe terytorium łowieckie, od którego zależy ich egzystencja, i o jakichś pokojowo żyjących grupach raczej nie ma mowy.

W przypadku kotów wolno żyjących bądź wychodzących możemy wyróżnić jeszcze jedną strefę, czyli okoliczne tereny. To dobrze znana przestrzeń, dzielona jednak z innymi kotami. Taki „zbiór wspólny” różnych terytoriów. Tacy koci sąsiedzi znają się między sobą, nie wchodzą sobie nawzajem w drogę, nie tolerują jednak wałęsających się w pobliżu obcych kotów.

Większość kotów żyje osobno, zajmując własne, dość rozległe terytorium. W pewnych sytuacjach, gdy jedzenia jest pod dostatkiem, koty potrafią schodzić się w grupy. Etologowie nazywają te grupy koloniami, unikając starannie słowa „stado”, ponieważ relacje i związki w nich panujące są dość luźne, można w nich mówić o oddziaływaniach pomiędzy poszczególnymi kotami, ale raczej nie o strukturze społecznej czy hierarchii. Kolonie mają najczęściej strukturę matriarchalną, tzn. reguły jej życia wyznaczają wspierające się, współpracujące ze sobą kotki. Współpraca polega najczęściej na wspólnej opiece nad młodymi, czy wspólnej obronie terytorium. Niektórzy badacze uważają, że taki model zachowań mógł wytworzyć się właśnie na etapie udomawiania kota – przebywanie w pobliżu skupisk ludzkich zapewniało pożywienie dla więcej niż jednego kota, i takie wzorce zachowań, jakie obserwujemy w koloniach kocich, mogły rozwinąć się właśnie jako efekt przebywania blisko człowieka. Rozmiary kolonii wyznaczają właśnie zasoby pokarmu na danym terenie. Jeśli jedzenia jest pod dostatkiem, kolonie są dość duże, jeśli jedzenie jest mniej dostępne, kocie grupy są mniejsze. W warunkach, gdy pożywienia jest niewiele, i jest bardzo rozproszone, nie obserwuje się współpracy między kotami, i tylko w takich warunkach możemy mówić o naprawdę samotnie żyjących kotach.

Kocia komunikacja

Koty porozumiewają się między sobą za pomocą sygnałów werbalnych i niewerbalnych. Komunikacja werbalna to wszelkiego rodzaju odgłosy, miauczenie, warczenie, mruczenie, wydawane przez koty. Komunikacja niewerbalna to sygnały wysyłane poprzez odpowiednie ułożenie ciała, uszu, ogona czy wielkości i kształtu źrenic. Koci język jest bardzo uniwersalny, niektórzy twierdzą , że dość prosty (ja zdecydowanie się z tym nie zgadzam), koty jednak na ogół doskonale się rozumieją, i to bez względu na pochodzenie. Prawdą jest jednak, że koty mają niekiedy problemy z odczytaniem własnych sygnałów, co często prowadzi do nieporozumień. Dotyczy to szczególnie kotów, które długo były pozbawione kontaktów z innymi kotami, bądź zbyt wcześnie zostały odebrane od matek i nie miały po prostu możliwości nauczyć się niuansów kociego języka. Innym elementem utrudniającym kotom porozumiewanie się jest ich terytorialna natura. Jako zwierzęta nastawione głównie na ochronę swojego terytorium, żyjące w pojedynkę, kocia komunikacja jest bardzo bogata w komunikaty mające na celu zniechęcić drugiego kota do zbliżania się, a nie na sygnały zapraszające do kontaktu. 

Ułożenie ciała

Kota opisujemy wieloma przymiotnikami, ale wszystkie z nich wskazują na charakterystyczną cechę kociego ciała – jego elastyczność. Kot jest więc zgrabny, zwinny, muskularny, gibki, sprawny – już to wskazuje, że jego ciało może być wykorzystane do informowania o kocim samopoczuciu bądź nastroju. Kiedy kot odwraca się do nas tyłem, komunikat jest dość oczywisty – teraz nie mam ochoty się Tobą zajmować. Właściciele często opisują takie zachowanie jako „obrażanie się”, bo często pojawia się w sytuacjach, gdy uprzednio dokonaliśmy na kocie jakiegoś czynu niecnego, na przykład obcięliśmy mu pazury albo wyczyściliśmy uszy. Uwaga: i my, ludzie, możemy zrobić z tego użytek! Ostentacyjne odwrócenie się tyłem, gdy kot doprasza się o nienależną porcję jedzenia, albo gdy z jakichś powodów nie zasługuje na naszą uwagę, to dla kota doskonale czytelny sygnał, wymowniejszy niż krzyki czy inne nasze nerwowe zachowania, które mogą kota jedynie chwilowo przestraszyć i pozbawić sporej dozy zaufania do naszej osoby.

Kiedy kot rozkłada się u naszych stóp, oznacza to, że czuje się odprężony i ma do nas zaufanie. Położenie się na boku jest wyrazem odprężenia, tak leżą koty, które w danym otoczeniu czują się pewne siebie, nie czują się w żaden sposób zagrożone. „Przysiadanie” na czterech łapach jest za to sygnałem, że kot albo nie jest zdecydowany, czy chce poleżeć, czy pobiegać, albo oznaką niepewności – kot niby odpoczywa, ale jest w pozycji, która w razie potrzeby pozwala na szybki start, czy to do ataku, czy ucieczki. Taką pozycję często przyjmują koty w grupie, gdy nie są szczególnie zaprzyjaźnione. Gdy kot przewraca się na grzbiet, może w ten sposób wyrażać odprężenie, zaufanie, albo chęć przystąpienia do zabawy. Trzeba jednak dobrze poznać swojego kota, bo niekiedy jest to po prostu pozycja wypoczynkowa, i kot nie lubi być wtedy zaczepiany. Przede wszystkim przewrócenie się kota na grzbiet nie jest wcale jednoznaczne z zaproszeniem do podrapania go po brzuchu – to bardzo częsty błąd popełniany przez opiekunów. Przewracanie się na grzbiet może być również reakcją obronną. Nawet spokojny kot może podrapać albo ugryźć, jeśli pogłaszcze się go po brzuchu. U wielu kotów jest to reakcja instynktowna. Tak naprawdę niewiele kotów bez żadnego protestu toleruj głaskanie i drapanie po brzuchu – nawet największe pieszczochy zdradzają w tej materii ambiwalentne uczucia, najpierw wydają się zadowolone, a po chwili, jakby w panice, że na coś takiego pozwoliły, szybko obwieszczają na swój sposób, że koniec zabawy.

Przestraszony kot stroszy sierść, szczególnie widoczne jest to na grzbiecie i ogonie, który wygląda wtedy naprawdę imponująco, jak szczotka do butelek. W zasadzie każdy kot, który usiłuje sprawiać wrażenie większego wyginając grzbiet w pałąk i jeżąc sierść, zdradza takim zachowaniem postawę defensywną. Najczęściej ustawia się przy tym bokiem do agresora, dzięki czemu prezentuje mu się w całej okazałości. Na takiego kota trzeba uważać – koty unikają jak ognia bezpośredniej konfrontacji, ale przestraszony kot przyparty do muru będzie walczył.

Oczywiście nic w życiu nie przekłada się zupełnie prosto i czarno-biało, taką postawę „straszącą” można zaobserwować u kociąt w trakcie zabaw i zapasów. Wtedy wygląda to naprawdę komicznie! To właśnie jest trening zachowań potrzebnych później w dorosłym życiu.

Koty bardzo różnie reagują na stres i zagrożenie. Niekiedy od razu przybierają postawę grożącą. Są koty, które najpierw przypadają do ziemi, udają mniejszego, uszy kładą po sobie, nie stroszą sierści, próbują wtopić się niejako w podłoże, co wyraźnie zdradza, że się boją. Gdy do tego jeszcze źrenice są wielkie i okrągłe (oczy wydają się czarne), znaczy to, że kot jest na skraju swoich możliwości adaptacyjnych, i należy go zostawić w spokoju. W razie potrzeby będzie się bronił do upadłego. Kota, który stracił kontrolę nad swoimi emocjami, nie da się opanować ani uspokoić słowami czy głaskaniem, zupełnie, jakby miał „wyłączone” myślenie i ocenę sytuacji.

Kot, który przysiada spięty do skoku, wydając przy tym przeciągłe, głuche warczenie, trzymając ogon blisko ciała i machając nim na boki, wyraża swoją postawą agresję. To kot gotowy do ataku. Podobnie kot, który przysiada, ale ogon ma podkulony pomiędzy tylnymi łapami, jest potencjalnie niebezpieczny – podkulony ogon to już prawdziwy strach. oczywiście sama postawa to za mało, żeby ocenić poziom strachu czy agresji u kota, ważna jest głowa, położenie uszu, i inne sygnały. Jeśli kot jest spięty do skoku, a przy tym warczy, uszy ma postawione i skierowane do przodu, a wąsy nastroszone, jest duże prawdopodobieństwo, że taki kot nie ma zamiaru ustąpić, i lepiej z nim nie zadzierać.

Oczy

Oczy są prawdziwym zwierciadłem duszy, zwłaszcza kociej. Koci wzrok mówi wszystko, i mówi wymowniej, niż jakiekolwiek ułożenie ciała. Kot potrafi spojrzeniem zmusić innego kota do odejścia. Kot, który patrzy na człowieka, albo innego kota, przez chwilę, po czym mruży oczy i odwraca głowę, niejako informuje, że wie, że nie jest sam, ale niekoniecznie ma teraz ochotę na jakiś bliższy kontakt. Nie jest to raczej zaproszenie do zabawy. Uporczywe wpatrywanie się najczęściej wyraża groźbę, i to bez względu na to, czy gapi się na nas ktoś obcy na ulicy, czy jest to pies, czy kot. UWAGA! To znów nie jest tak zupełnie jednoznaczny komunikat. Zaprzyjaźniony kot może jednak długo się w ciebie wpatrywać mając przy tym jak najlepsze intencje, chcąc po prostu zwrócić na siebie Twoją uwagę. Moje koty potrafią „ściągać” moją uwagę swoim wzrokiem, wpatrując się we mnie, a gdy pytam, o co chodzi, prawie zawsze w tym spojrzeniu był jakiś cel: a to prowadzą mnie do pustej miski, patrząc wymownie, że nie tak to przecież powinno wyglądać, albo do zabawki, pokazując, że chętnie by pobiegały, albo podchodzą z wyprężonym grzbietem, żeby je „wyczochrać”, albo jeszcze inaczej dają mi do zrozumienia, o co im chodziło. Znów pod uwagę trzeba wziąć nie tylko samo spojrzenie, ale na mowę całego ciała, jeśli chce się zrozumieć zamiary kota. Wiele mówią też kocie źrenice. Mocno rozszerzone świadczą o przerażeniu. Jeśli nie masz pewności, czy kot się boi, przypatrz się jego źrenicom. Szeroko otwarte oczy o rozszerzonych źrenicach oznaczają, że niebezpieczeństwo czai się tuż tuż. Źrenice kota przejawiającego agresję są wąskie, ściągnięte w szparki. Trzeba jednak pamiętać, że od strachu do ataku jest tylko jeden krok, i kota przestraszonego powinno się też traktować jako potencjalnie agresywnego – lepiej pozostawić w spokoju, albo, jeśli mamy naprawdę dobry kontakt z kotem, próbować uspokoić, zanim kot wpadnie w panikę.

Uszy

Uszy kota są znacznie bardziej ruchliwe niż uszy człowieka, nastawione na odbiór najcichszych dźwięków. Zakres słyszalności kotów jest ogromny, od 45 Hz do 64 kHz, czyli koty dziesięciokrotnie przewyższają człowieka, jeśli chodzi o ostrość słuchu. To też jest odpowiedź na pytanie, dlaczego koty tak nerwowo reagują na wiele dźwięków, po prostu słyszą również i te, które są poza naszym progiem słyszalności. Z punktu widzenia kota, życie w naszym świecie to życie w ciągłym i bardzo dużym hałasie. Ponieważ kocie uszy przystosowanie są do wychwytywania wszelkich odgłosów wydawanych przez gryzonie, potrafią zareagować nerwowością i niepokojem nawet na bardo ciche dla nas dźwięki, które uznają za niepokojące. Koty są bardzo wrażliwe na wszelkie szelesty, rzucanie kluczami, trzask gniecionej butelki plastikowej – to odgłosy, które potrafią nie tylko wystraszyć kota, ale nawet wywołać atak paniki i ucieczkę pod szafę. Ta wrażliwość jest też różna u różnych kotów, są takie, które szybko przyzwyczajają się do niepokojących dźwięków, ale są i takie, dla których jest to nie do przejścia – myślę, że to jak z nami, proszę pomyśleć o odgłosie paznokci na szkolnej tablicy, nie do zniesienia przez większość z nas, a przecież jako dźwięk wcale nie głośny. W każdym razie uszy kocie, jako narząd bardzo wrażliwy, też służą do komunikacji, dzięki ich widocznemu usytuowaniu i ruchliwości. Niektóre koty mają nawet na czubkach uszu kępki sierści, którymi posługują się jak chorągiewkami, aby ich mowa stała się jeszcze bardziej czytelna.

Postawione uszy oznaczają ciekawość, zadowolenie, gotowość do zabawy albo odprężenie. Kot z podniesioną pewnie siebie głową, uszami skierowanymi do przodu to najczęściej bardzo dobrze nastawiony do świata kot 🙂 Wyjątkiem od tej reguły są koty agresywne, które wyrażają w ten sposób pewność siebie, a nie sympatię, ale znów o takim nieciekawym nastawieniu będą świadczyć inne, dodatkowe sygnały, jak ułożenie wibrysów czy opisane już wyżej oczy. Uszy położone po bokach głowy generalnie oznaczają strach i nieufność, które mogą przerodzić się w atak, jeśli kot uzna sytuację za zbyt poważną. Zależy to od kota i jego indywidualnej odporności na stres. Im bardziej położone uszy, „na samolot”, jak to określamy na wystawach, tym większa niepewność kota. Jeśli uszy położone są do tyłu, przy szeroko otwartych, wielkich źrenicach, nastroszonej sierści i „bijącym” gonie, mamy już sygnał pełnej gotowości bojowej, i takiego kota proponuję zostawić w spokoju.

Ogon.

Ogon jest niezwykle ważnym elementem kociego języka. Nie jest to takie proste przełożenie, jak uważa większość ludzi, że jak kot porusza ogonem, to jest zdenerwowany. Często jest to po prostu ekscytacja, podniecenie zabawą, wyraz zainteresowania. Zwracanie bacznej uwagi na mowę kociego ogona, pozwala na zorientowanie się w zamiarach naszego kota. Jak zwykle powtórzę, że trzeba oceniać wiele sygnałów, czyli znów nie patrzeć na ogon jedynie, ale na postawę, głowę, i całe kocie ciało.

Kot pewny siebie i dobrze nastawiony do otoczenie będzie miał ogon postawiony pionowo do góry. Im bardziej pionowo, tym większy spokój naszego kota. Zresztą widać to doskonale, gdy biegnie z nami do miski 🙂 Kot neutralnie nastawiony, bez większych w danej chwili emocji, chodzi po domu z ogonem lekko opuszczonym, jakby mu się nie chciało go specjalnie podnosić, ale nie jest to absolutnie ogon nadmiernie opuszczony lub podkulony.

Kot przestraszony jeży sierść na ogonie, i to nieprawdopodobne, jak się taki ogon potrafi zrobić dwu- albo trzykrotnie grubszy. Im większy objętościowo ogon, tym większy strach. Nie należy tak przestraszonego kota brać na ręce, bo może się to skończyć poważnym podrapaniem – po prostu przerażone koty nie panują nad odruchami.

Wolne poruszenia ogonem mogą oznaczać lekkie rozdrażnienie, ale może to też być zainteresowanie czymś. Jeśli takie poruszanie pojawia się gdy głaszczemy kota, zazwyczaj jest to jeden z pierwszych sygnałów, że niedługo kot będzie miał dość. Zignorowanie tego prowadzi do irytacji, po czym następuje albo drapanie, albo ostrzegawcze chwytanie zębami za rękę. Przerywanie głaskania, gdy zauważymy takie zachowanie kociego ogona, jest najlepszą drogą do naszych bardzo dobrych relacji z kotem. Wiele kotów lubi przebywać w pobliżu człowieka, nie życzy sobie jednak nieustannych pieszczot. Takie poruszanie ogonem na boki, powolne na początku, powinno być sygnałem do przerwania głaskania. Obserwowanie ogona jest też doskonałą lekcją dla nas, jaki sposób głaskania czy drapania kot lubi – gdy natrafimy na jakiś szczególnie atrakcyjny punkt, koci ogon, podobnie jak cały kot, zastyga w ekstazie – wtedy drapiemy!

Na powitanie kot robi bardzo zabawny ruch ogonem, wyprężony do góry ogon robi taki gwałtowny zamach jeszcze wyżej, niekiedy prawie kładąc się przez chwilę na grzbiecie. To taki odpowiednik psiego radosnego machania ogonem. Najczęściej towarzyszy temu ocieranie się o nogi, łaszenie się, miauczenie i mruczenie.

Najciekawszych rzeczy o kocim ogonie dowiadujemy się, gdy przyglądamy się kotu obserwującemu ptaki za oknem, albo gdy kot zaczaja się na zabawkę. Ogon leży na ziemi, a jego koniuszek gwałtownie drży. Im dłużej kot się czai, tym szybsze stają się ruchy ogona, najpierw koniuszka, a potem cały ogon zaczyna zamiatać ziemię z lewa na prawo, albo gwałtownie uderzać nim o podłoże. Takie nerwowe drganie ogona przy innych objawach świadczących o strachu bądź zdenerwowaniu, świadczyć może o zbliżającym się ataku, bicie ogona o podłoże przy stulonych, położonych uszach i innych objawach stresu to już bardo poważny objaw – kota należy zostawić w spokoju.

Gruczoły zapachowe.

Kot, jako zwierzę terytorialne, znaczy zapachem granice swojego terytorium. Na szczęście większość tych znaków jest niewyczuwalna dla ludzkiego nosa, feromony policzkowe, czy gruczołów międzpalcowych, są dla nas bezwonne. Nie dotyczy to jedynie znaczenia moczem – koci mocz ma zapach wyjątkowo odrzucający dla człowiek, dotyczy to zarówno niekastrowanych kocurów, jak i niesterylizowanych kotek, z których wiele znaczy tern moczem w okresie rui. Twój kot najprawdopodobniej codziennie znaczy cię swoim zapachem, choć ty nie zdajesz sobie z tego sprawy – dzieje się to podczas przytulania, ocierania głową, czy wyciągania łap na Twoich nogach, jakby były drapakiem.

Gruczoły zapachowe kota są umiejscowione na policzkach, brodzie i na czole. Koty, ocierając się głową o różne przedmioty, naznaczają je właśnie w ten sposób swoim zapachem. Kot, witający radośnie właściciela, robi to każdego dnia. To element codziennych rytuałów, i kto wie, może kot odbiera nasze głaskanie jako naznaczanie. Na szczęście to akurat bardzo przyjemny element naszej komunikacji z kotami, i trzeba pamiętać, gdzie kota głaskać – wiele kotów nie lubi, gdy zaczynamy głaskanie od położenia ręki na głowie, uniesiona ręka wydaje się często czymś groźnym, i lepiej jest zacząć głaskanie od policzków i brody – koty to uwielbiają – a potem przenieść się na głowę, po której najbardziej sprawdza się nie głaskanie, a drapanie. Drapanie po czole, między oczami, przesuwane na czubek głowy 🙂

Drapanie, „ostrzenie pazurów”, jest kolejną metodą zostawiania śladów. Koty mają gruczoły zapachowe na opuszkach palców, więc przeciąganie łapami po przedmiotach jest skutecznym sposobem ich oznaczania. W niektórych krajach powszechny jest barbarzyński zwyczaj usuwania kotom pazurów – nawet po takiej amputacji kot próbuje „drapać”.

Ostatni sposób, znaczenie moczem, jest najszybciej zauważany przez człowieka. Mało rzeczy na świecie cuchnie tak straszliwie, jak mocz dorosłego niewykastrowanego samca. Odór ten jest przy tym niewiarygodnie trwały. Właściwie rzeczy typu kołdry, koce, itp, nadają się często już tylko do wyrzucenia. Na rynku pojawiają się preparaty do prania, które usuwają zapach moczu z obsikanej rzeczy czy powierzchni, ale nawet one nie z każdym materiałem sobie radzą. Zapach „wychodzi” nagle w gorący wilgotny dzień. Kot znaczy w bardzo charakterystyczny sposób, odwracając się tyłem do przedmiotu i spryskując go moczem. Ogon jest przy tym sztywno wyprężony, ustawiony pionowo do góry, i drży w charakterystyczny sposób. Często też przebierają przy tym tylnymi łapami. Miejscami lubianymi i najczęściej wybieranymi do oznaczenia są drzwi, przedmioty znajdujące się blisko okna (zwłaszcza jeśli przez okno można zobaczyć konkurentów, czyli obce koty), oraz wszelkiej maści nowe sprzęty, zaliczamy do tego również buty i torebki naszych gości 🙂 Znaczą również kotki w okresie rui, jeśli wpadną w tzw. ruję permanentną, czyli tydzień rui, dwa dni przerwy, i ponownie ruja, niewiele różnią się od kocura… Jedynym sposobem uporania się z tą przypadłością jest kastracja kocurów i sterylizacja kotek, co w przypadku zwierząt niehodowlanych jest najlepszym rozwiązaniem zarówno dla naszych nosów, jak i dla zdrowia kotów.

Udeptywanie.

Udeptywanie jest pozostałością z pierwszych tygodni życia, kiedy kocię udeptuje sutki, żeby wycisnąć z nich mleko. U kotów dorosłych jest to najczęściej prośba o pieszczotę, takie „No pogłaszcz mnie teraz, podrap za uszkiem”. Udeptywaniu towarzyszy rytmiczne wysuwanie i wciąganie pazurów, jeśli więc przytrafi się na naszych kolanach, nie sposób go zignorować! To również najczęściej wyraz szczególnego zadowolenia, któremu często towarzyszy mruczenie, a niekiedy ślinienie się.

Komunikacja werbalna

Oczywiście słowo „werbalna” jest tu odrobinę na wyrost, bo nie towarzyszą jaj sowa w znaczeniu ludzkiego języka, mam tu na myśli szereg dźwięków wydawanych przez koty. Wachlarz tych dźwięków jest dość szeroki, od cichutkiego mruczenia, poprzez różne odmiany i odcienie miauczenia, po prychanie i warczenie. U kotów dużych, takich jak lwy i tygrysy, dochodzi jeszcze ryk – nasze domowe koty na szczęście nie potrafią ryczeć. Jako ciekawostkę dodam, że duże koty z kolei nie potrafią mruczeć. Mruczenie i ryczenie wzajemnie się wykluczają 🙂

Mruczenie

Mechanizm mruczenia jest dużo bardziej tajemniczy, niż nam się zdaje. Nie do końca wyjaśniono, jak powstaje, przypuszczalnie na skutek drgania strun głosowych. Jak dotąd nie znaleziono jednak jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, jak w kocim gardziołku, powstaje ten tak lubiony przez człowieka dźwięk. Może tak, może nie; nikt nie dał na to jeszcze jednoznacznej odpowiedzi.

Powszechnie sądzi się, że kot mruczy, kiedy jest zadowolony. To prawda, ale nie tylko wtedy wydaje ten dźwięk. Według mnie mruczenie to taka prośba „zostań przy mnie, nie odchodź”. Koty mruczą bowiem w wielu sytuacjach, w których z całą pewnością nie jest im dobrze, i zaczynają mruczeć na przykład na widok człowieka. Mruczą więc moje kotki przy porodach – im silniejsze, boleśniejsze skurcze, tym głośniejsze mruczenie. Naukowcy sądzą więc, że oprócz wyrażania słodkiego błogostanu, mruczenie pełni też funkcję terapeutyczną, mająca przynieść ulgę w ciężkich chwilach. Mruczeć potrafią już dwutygodniowe kocięta, terkoczą cichutko, jak tylko przyssą się doi sutka i zaczną pić mleko – matki zaczynają mruczeć, gdy kocięta się do nich przysysają. Cokolwiek nauka nie powie na temat mruczenia jest to cudowny sposób okazywania więzi z opiekunem.

Natężenie mruczenia jest różne u różnych kotów. Jedne mruczą bardzo głośno, taki terkot obudzi człowieka z najgłębszego nawet snu, inne ledwo słychać, niekiedy bardziej czuje się wibracje w ciele kota, niż słyszy samo mruczenie. Każdy rodzaj sprawia ogromną radość.

Miauczenie

Koty wydają sporo dźwięków z najróżniejszych powodów, przy czym niektóre są bardziej hałaśliwe, inne mniej. Przedstawiciele ras orientalnych, na przykład syjamy i abisyńczyki, miauczą dużo i głośno – do wzięcia pod uwagę przez tych, którzy woleliby kota cichego. Miauczenie ma swoje odmiany, w zależności od sytuacji i celu, w jakim jest wydawane, i wprawne ucho bardzo szybko uczy się je rozróżniać.

Miauczenie powitalne jest najczęściej ciche, bardziej przypomina radosne pogruchiwanie, i często towarzyszy powitalnemu tańcowi wokół ukochanych nóg. Jest to dźwięk wyrażający radość. Takim pogruchiwaniem kotka przywołuje swoje kocięta, to najczęstszy chyba matczyny dźwięk w kocim gnieździe, pełen czułości i radości.

Zupełnie inaczej wygląda miauczenie „proszące”, jest najczęściej piskliwe, wysokie bardziej przeciągłe. Ono z kolei przypomina miauk kociąt przywołujących matkę 🙂 bardzo szybko uczymy się je rozpoznawać, zwłaszcza, że ignorowane, robi się bardziej uporczywe, dłuższe i głośniejsze. Niekiedy koty wydają je jako prośbę o jedzenie, ale częściej usłyszymy taki właśnie odgłos, gdy kot jest na przykład zamknięty w drugim pokoju, albo siedzi pod drzwiami, i chce się wydostać. Generalnie rzecz biorąc, takie miauczenie pojawia się zawsze, gdy kot chce zwrócić na siebie nasza uwagę.

Delikatny, dość wysoki miauk może też być ostrzeżeniem. Takie miauczenie ma trochę inną melodię niż typowe proszenie, pod koniec jego melodia nagle opada, to bardzo dyskretna różnica, ale dla nas bardzo ważna – to taka „prośba nie do odrzucenia”. Zignorowanie takiego dźwięku prowadzi do bardziej konkretnej perswazji ze strony kota, czyli wysunięcia pazurów bądź prób ugryzienia. Taki dźwięk pojawia się często, gdy kot nie chce na przykład w danym momencie być głaskany. Niedoświadczone ucho bierze miauk, pojawiający się po pierwszym-drugim przeciągnięciu ręką, za dobry znak, i człowiek głaszcze dalej, co niekiedy kończy się tylko odejściem poirytowanego kota, poirytowanego faktem, że jesteśmy tak mało rozgarnięci, ale niekiedy przewróceniem na grzbiet i zdecydowanym drapnięciem tylnymi łapami. Niektóre koty zamiast drapania chwytają głaszczącą rękę zębami, bez gryzienia na szczęście, ale komunikat jest bardzo czytelny.

Miauczenie nie znoszące sprzeciwu jest na ogół rozpoznawalne bazo szybko – po prostu jest głośne, natarczywe, przeciągłe, często z lekką „chrypką”. Nie należy mu za bardzo ulegać – to prosta droga do wychowania kociego domowego terrorysty 🙂

Najdłuższym dźwiękiem jest ni to wycie, ni to warczenie, mające oznaczać „nienawidzę cię”; koty miauczą w ten sposób, kiedy są przestraszone albo złe. Zwykle sygnał jest skierowany w stronę drugiego kota, który jest nieproszonym gościem, albo budzącego przerażenie psa. Jest to wysoki, przenikliwy, wydobywający się z głębi trzewi dźwięk, kojarzący się z rykiem syreny alarmowej. Nie sposób go z niczym pomylić. Clara wita nim Agnieszkę, jeśli wracamy z innego domu, w którym są koty, i Agnieszka za długo trzymała obcego kota na rękach. Po powrocie musi się przebrać, żeby Clara przestała na nią fukać i pozwoliła się dotknąć. Jest to powód, dla którego ja na ogół nie biorę obcych kotów na ręce, więc ze mną Clara wita się zawsze.

Inne dźwięki

Krótki dźwięk „kh-kh-kh” wydają niektóre koty na widok nieosiągalnej zdobyczy. Nie jest to dźwięk który usłyszymy na co dzień, chyba, że powiesimy za oknem karmnik, albo w bliskiej odległości mamy drzewo, na którym chętnie przesiadują ptaki. Kot wydaje go właśnie najczęściej na widok ptaków, ale pojawia się generalnie w sytuacjach, kiedy obiekt jest poza zasięgiem kocich łap. Najczęściej właśnie zdarza się to w przypadku ptaków – bo co innego może być poza zasięgiem…. Kot będzie patrzył na ptaka jak zaczarowany, ruszając końcem ogona i nerwowo kłapiąc zębami. Kłapanie też jest charakterystyczne, trochę jak zgrzytanie zębami, przy czym broda trzęsie się i drga. Udało mi się usłyszeć ten dźwięk kilkakrotnie u Clary, za pierwszym razem w ogóle nie skojarzyłam go z kotem. Brzmi rzeczywiście niezwykle, i oznacza chyba całkowite oderwanie się od rzeczywistości, a może jest wyrazem rozpaczy, że zdobycz, która wydaje się tak blisko, jest w rzeczywistości nieosiągalna. Mistrzynią w wydawaniu tego dźwięku jest u mnie Ino, ona wygląda, jakby wydawała go całym swoim dygoczącym z pożądliwości ciałem 🙂

Jak obchodzić się z kotem

Kota należy traktować z szacunkiem. Nie wolno na niego krzyczeć, pohukiwać, bić czy zastraszać. Jeśli będziesz szanował swojego pupila, stosunki między Wami ułożą się świetnie. Szacunek to nie przerywanie kociej drzemki, bo akurat zachciało nam się go głaskać, czy zmuszanie do rzeczy, na które nie ma ochoty. Trzeba pamiętać, że kot jest stworzeniem delikatnym i wrażliwym, raz zdradzony, zrobi się nieufny i będzie Cię unikał.

Kiedy dotykasz kota, staraj się obserwować, w jaki sposób zwierzę się do ciebie zwraca. Jeśli podsuwa głowę, pogłaszcz go po głowie. Wiele kotów nie lubi głaskania po głowie, ale uwielbia drapanie po czole i czubku głowy. Jeśli odwraca się tyłem, przeciągnij ręką po grzbiecie, podrap u nasady ogona. Pamiętać trzeba, że większość kotów nie znosi zbyt obcesowych pieszczot. Należy je dotykać delikatnie, chociaż tutaj też wiele zależy od kota – niektóre lubią zdecydowany ruch, te zbyt delikatne muśnięcia chyba je łaskoczą – jak we wszystkim, tak i tutaj trzeba poznać upodobania swojego pupila. Kota głaszczemy zgodnie z kierunkiem włosa, ale wiele lubi drapanie. Doskonałym miejscem do głaskania i pieszczenia są kocie policzki i podbródek, często to tam najlepiej zacząć głaskanie i poczekać, aż kot się „rozmruczy”.

Kot zawsze nam podpowie, co lubi. Wystarczy wyciągnąć rękę do kota, i obserwować. Jeśli nie rusza się z miejsca albo odchodzi, lepiej zostawić go w spokoju. Jeśli wyciąga pyszczek i obwąchuje dłoń, można pogłaskać go po policzku albo podrapać między uszami. Trzeba natomiast uważać, jeśli przewraca się na grzbiet – psiarze szczególnie mają tendencję do brania takiej zabawy za dobrą monetę, ale w przypadku kota najczęściej nie zawsze jest to zaproszenie do zabawy. A nawet, jeśli jest, nie jest to taka zabawa, jaką sobie wyobrażamy – niejeden kot zacznie się zabawiać w gryzienie i kopanie. Ponieważ kot tę rozrywkę uwielbia, zacznie się jej domagać coraz częściej, do zabawy włączone zostaną zęby, i to, co może jeszcze nie wydaje się dramatyczne w przypadku kociaka, po osiągnięciu sporych rozmiarów zaczyna być już po prostu nie do przyjęcia, a podrapane ręce nie są żadną ozdobą. Bardzo trudno oduczyć kota takich złych nawyków, naprawdę więc odradzam takie zabawy.

Wiele kotów nie cierpi ciągłego głaskania. Dlatego właśnie mruczą zadowolone przez minutę albo dwie, a następnie odwracają się i gryzą, najzupełniej niespodziewanie. Zwracaj uwagę na najmniejszą choćby zmianę ułożenia ciała kota. Wahnięcie ogonem, lekkie usztywnienie mięśni – wszystko to może być oznaką, że kot ma już dosyć. Głaszcz go krócej niż minutę, potem przerwij. Wiele kotów lubi długo siedzieć człowiekowi na kolanach, nie znosi jednak, kiedy głaskać je dłużej niż chwilę.

Nie wszystkie koty lubią noszenie na rękach. To zazwyczaj wielki dramat dla właścicieli, bo wydaje im się, że kot ich nie lubi – ale tak nie jest. Już malutkie kocięta wykazują w tym względzie ogromne różnice, jedne uwielbiają przycupnąć w ludzkich ramionach i patrzeć na świat z góry, inne od razu się wiercą i szukaj drogi „ucieczki z tego więzienia”. Uszanujmy to, i nie nośmy na siłę kotów, które tego nie lubią.

I rzecz najważniejsza: koty, które przebywają z człowiekiem w atmosferze czułości i szacunku, poszanowania ich nawyków, nigdy nie drażnione ani nie szturchane, okazują człowiekowi ogromne zaufanie i przywiązanie. Nawet, jeśli nie przepadają za noszeniem na rękach, dla tego ukochanego człowieka posiedzą chwilkę i pozwolą na bliższe czułości. Kot, któremu nie czyniono żadnej krzywdy ani przykrości, po prostu nie spodziewa się złego zachowania ze strony człowieka, stąd ufność i oddanie. Kiedy jednak zdadzą sobie sprawę, że mogą być skrzywdzone, bardzo szybko robią się nieufne i wycofane. Zaufanie kota można zawieść dokuczając mu podczas snu, trzymając go zbyt mocno i zbyt długo albo drocząc się z nim – często w formie źle pojętej zabawy. Do skrajnych przypadków znęcania się nad kotem należy bicie, rzucanie, i wszystko to, co może kotu sprawić ból. Nie ma dla nich żadnego usprawiedliwienia.

Na szczęście nawet maltretowany kot może odzyskać zaufanie do ludzi, pod warunkiem że poświęcimy mu ogrom czasu, cierpliwości i miłości, całkowicie wyrzekając się wobec niego przemocy.


Opracowanie: Dorota Szadurska  

Felinoterapia to- najprościej mówiąc- terapia z udziałem kota. Nazwa wywodzi się z łacińskiego słowa felis ( kot ) oraz greckiego therapeia ( opieka, leczenie ). Felinoterapia jest jednym z rodzajów zooterapii lub inaczej animaloterapii. Główną ideą zooterapii jest to, że obcowanie ze zwierzakiem ma pozytywny wpływ na poprawę zdrowia fizycznego i psychicznego człowieka. Taka terapia niweluje różne zahamowania, ułatwia komunikację, poprawiająca zdolność uzewnętrzniania uczuć i emocji.

Felinoterapia jest przydatna w terapii osób starszych oraz dzieci niepełnosprawnych (zarówno umysłowo, jak i ruchowo). Ma ona zastosowanie w przypadku takich chorób jak: nadpobudliwość, ADHD, autyzm, zespół Aspergera, zespół Downa, zaburzenia zachowania i emocji, zaburzenia lękowe, nieśmiałość i zahamowanych społecznie, depresja, choroba Alzheimera, różne inne choroby psychiczne, uszkodzenia słuchu, uszkodzenia wzroku, dystrofia mięśniowa, artretyzm itp.

Najlepiej, żeby zajęcia felinoterapii odbywały się z określoną częstotliwością- wtedy można zaobserwować efekty tej terapii. Korzystny wpływ felinoterapii występuje zarówno w kontekście pedagogicznym, jak i terapeutycznym. Zajęcia z felinoterapii mogą być prowadzone indywidualnie w pracy terapeutycznej z dziećmi lub dorosłymi (głównie osobami starszymi) albo w niewielkich grupach. W terapii indywidualnej obecny jest pacjent, terapeuta (psycholog), no i oczywiście kot. Kot „działa” w ten sposób, że zmniejsza opór w kontakcie terapeutycznym, który jest związany ze stresem (stres może występować zwłaszcza podczas pierwszych spotkań z psychologiem/psychoterapeutą). Kiedy w trakcie takiego spotkania obecny jest kot, to staje się on tematem wspólnym dla pacjenta i terapeuty (sprawdza się to zwłaszcza w przypadku dzieci).

Zajęcia grupowe przeważnie dedykowane są dzieciom. W terapii grupowej kot jest w pewnym sensie jednym z uczestników zajęć. Każdy może mieć bezpośredni kontakt z kotem. Można głaskać kota, bawić się z nim, dopuszczalne jest nawet karmienie kota. Terapię wzbogaca się opowieściami o kotach, rozmową na temat kotów i innych zwierząt. Dlaczego to pomaga? Tak jak w terapii indywidualnej, możemy mówić tu o redukcji stresu, redukcji oporu. Również w przypadku terapii grupowej psycholog zyskuje płaszczyznę do dialogu.

Felinoterapię można łączyć z innymi technikami terapeutycznymi. Może to być arteterapia, muzykoterapia czy biblioterapia. Dla przykładu, w arteterapii można przedstawiać koty za pomocą różnych technik plastycznych, a co za tym idzie, dziecko może np. przedstawić swoje lęki za pomocą rysunku kota. Odsyłam do lektury na temat wymienionych form terapii (tj. arteterapia, muzykoterapia, biblioterapia), ponieważ same w sobie są one warte polecenia. Na ich temat powinien też coś wiedzieć dowolny psychoterapeuta.

Felinoterapia staje się coraz bardziej popularna. W wielu krajach jest znana i stosowana (z powodzeniem) już od dłuższego czasu. Jeśli chodzi o Polskę, to felinoterapia nie jest jeszcze (niestety) znaną i uznaną formą terapii. Znacznie częściej stosowaną formą zooterapii jest dogoterapia, coraz bardziej popularna staje się też hipoterapia (terapia z udziałem konia). Na marginesie: w zasadzie każde „udomowione” zwierzę może być wykorzystywane jako element terapii.

Felinoterapia jest stosowana z dużym powodzeniem np. w Szwecji (przede wszystkim u dzieci autystycznych). Zaobserwowano, że kot potrafi pewien sposób wniknąć do izolowanego świata dziecka z autyzmem. Dzieci uspokajają się i wydają się bardziej otwarte. Kontakt z kotem pomaga im radzić sobie z lękiem, pomaga zdobywać ufność w stosunku do otaczającego je świata. Ma też korzystny wpływ na nawiązywanie łączności z innymi ludźmi. Pomaga im okazywać uczucia. Kot staje się w pewnym sensie pomostem między światem dziecka a światem jego rodzica czy innego zwykłego człowieka.

Co ciekawe, czasem felinoterapia przynosi znacznie lepsze efekty niż dogoterapia (niejednokrotnie wywołuje pozytywne skutki nawet wtedy, gdy dogoterapia w ogóle nie pomogła). Wynikać to może z tego, że pies dla pewnych osób może być zbyt wymagający, zbyt hałaśliwy i zbyt bezpośredni. U takich osób kot zyskuje przychylność swoim spokojem. Liczne badania potwierdzają jak korzystne jest przebywanie w towarzystwie kota.

Prowadzone od lat siedemdziesiątych badania dowodzą, że nawet krótkie obcowanie ze zwierzętami ma pozytywny wpływ na zdrowie i psychikę człowieka. Przebywanie z kotem prowokuje ruch i aktywność, a niejednokrotnie przynosi po prostu radość życia. Podwyższa poczucie bezpieczeństwa, zmniejsza lub eliminuje lęki. Zabawa z kotem ma też znaczenie dla zdrowia fizycznego, ponieważ skutkuje obniżeniem poziomu cholesterolu, mniejszym ciśnieniem krwi, unormowanym rytmem serca (prawdopodobieństwo zawału serca spada o 3 proc. )

Felinoterapia ma też pewną niezaprzeczalną przewagę nad dogoterapią czy hipoterapią: kot uczestniczący w felinoterapii nie wymaga tresury. Wystarczy jego naturalny sposób zachowania. Obcowanie z kotem cudownie rozwija wrażliwość u dzieci. Koty uczą też dzieci empatii. Dziecko rozpoznaje sygnały wysyłane przez kota w naturalny sposób- i reaguje na nie. Bardzo często okazuje uczucia. Taki kontakt uczy i ułatwia doświadczać otoczenie. Ponadto uczy dziecko cierpliwości oraz samokontroli.

Na koniec należałoby jeszcze wspomnieć, że kot „działa” również poza terapią. Dane wskazują na to, że fizyczny kontakt z kotem ( głaskanie, drapanie, przytulanie ) stymuluje organizm człowieka do wytwarzania endorfin. Dla niewtajemniczonych- endorfiny to tzw. hormony szczęścia, wywołują one doskonałe samopoczucie, stany zadowolenia (a nawet stany euforyczne), tłumią też odczuwanie bólu. Tak więc kontakt z kotem po pierwsze odpręża, po drugie pobudza nasz układ odpornościowy. Moja rada? Mieć kota i dbać o kota.

Artykuł zredagowany przy współpracy psychologów z Pracowni Psychologicznej Drogowskazy, ul. Smolna 13, Warszawa, tel: +48 602213891,
www.Drogowskazy.com
Artykuł pochodzi ze strony Kot.Net.
Zdjęcia pochodzą ze strony Tapetus.pl

Dzisiaj temat trochę poważniejszy, ale coraz częściej poruszany przez osoby poszukujące kota dla swojej rodziny. Mam na myśli felinoterapię.
Słowo już coraz bardziej znane, jednak nadal traktowane jest z niedowierzaniem. Jak to? Terapia kotem? Z kotem? Mruczeniem?
A właśnie tak.

Felinoterapia jest wykorzystywana bardzo często podczas pracy z dziećmi niepełnosprawnymi, także mającymi problemy nerwowe, lękliwymi lub przesadnie agresywnymi. Koty doskonale wpływają ma wyciszenie, przekazują bardzo pozytywną energię i przebywanie z nimi ma wyjątkowo kojący wpływ na człowieka. W Stanach Zjednoczonych wpływ kotów na ludzi jest w ten sposób wykorzystywany od dawna, w Polsce to nadal nowość.
Koci terapeuci zaczynają się pojawiać w hospicjach dziecięcych czy domach seniora. Felinoterapia jest już często stosowana w naszym kraju również – w pracy z dziećmi autystycznymi.
Koty mają szczególne predyspozycje do pracy z ludźmi cierpiącymi na schorzenia psychiatryczne – ich obecność pobudza zmysły, daje radość. Kot jest cierpliwy, miły w dotyku, daje się pieścić – przez co wyciąga z człowieka złe emocje.
Oczywiście, do felinoterapii wykorzystywane są zwierzęta ze specjalnymi do tego predyspozycjami. Kot musi być ufny, oswojony z obecnością dużej grupy ludzi, lubiący pieszczoty. Musi być to zwierzę mało lękliwe i oczywiście zaszczepione, odrobaczone i w 100% zdrowe i sprawne fizycznie.
Posiadanie kota wskazane jest też osobom słabym psychicznie, które miewają stany depresyjne lub wybuchy agresji. Nie ma się więc czemu dziwić, kiedy specjalista zachęca wręcz pacjenta do sprawienia sobie nowego przyjaciela – lub przynajmniej wzięcia udziału w zajęciach z felinoterapii – jako znakomite wsparcie leczenia.

Dobrze, dobrze – powiecie – teoria jest świetna. Ale czy tak wygląda praktyka? Czy to ma potwierdzenie w „normalnym świecie” czy jest kolejnym wynalazkiem szalonych naukowców?
Ja sama, jako hodowca – do niedawna miałam na ten temat jedynie wiedzę książkową, pochodzącą z literatury czy artykułów znalezionych w internecie. Jednak teraz, kiedy 2 z kotów pochodzących z naszego domu mieszka z dziećmi niepełnosprawnymi, mogę mieć na ten temat własne zdanie. To niesamowite, jak wspaniale efekty przynosi taki koci terapeuta mieszkający ze swoim ukochanym „Pacjentem”.

Pierwszym koto-terapeutą pochodzącym z naszego domu została Domenka – kotka rosyjska niebieska, która już jako dorosłą kocica przeniosła się Oli i jej mamy Joli. Domenka została promykiem słońca przebijającym się przez Tęczę Oli. Więcej o tych dzielnych dziewczynach i ich walce z rzadką chorobą jaką jest Zespół Leigha, możecie przeczytać i posłuchać TUTAJ.
Stronka Oli otworzy się kliknięciu w zdjęcie.

Drugim kocim terapeutą z naszej hodowli został kocurek rasy Burmilla – Nimir. Nimirek trafił do Antosia – cudownego, dzielnego chłopca i jego – nie mniej dzielnej mamy Rysi i reszty Rodzinki. Mały Tosiu, wspaniały chłopak – cierpi na zanik mózgowia oraz Zespół Westa. Jego mama opowiada tak wspaniałe historie o Tosiu i jego kocim przyjacielu, że nie sposób tego opowiedzieć. Zawsze bardzo się wzruszam, kiedy o nich myślę…. Więcej o Antosiu i jego walce znajdziecie TUTAJ, a po kliknięciu w jego zdjęcie zostaniecie przeniesieni do jego stronki na FB.

Tak, felinoterapia działa. Tak – warto mieć kota. Nic dodać, nić ująć.

Bardzo dziękuję mamom dzieci ukazanych na zdjęciach za zgodę na ich publikację.

Felinoterapia jest przydatna w terapii osób starszych oraz dzieci niepełnosprawnych (zarówno umysłowo, jak i ruchowo). Ma ona zastosowanie w przypadku takich chorób jak:
nadpobudliwość,
ADHD,
autyzm,
zespół Aspergera,
zespół Downa,
zaburzenia zachowania i emocji,
zaburzenia lękowe,
nieśmiałość i zahamowania społecznie,
depresja,
choroba Alzheimera,
różne inne choroby psychiczne,
uszkodzenia słuchu,
uszkodzenia wzroku,
dystrofia mięśniowa,
artretyzm itp.”

Może warto więc jeszcze raz przemyśleć podstawy naszego strachu przed kotem w domu w chwili kiedy spodziewamy się dziecka.

Koty są absolutnie fascynującymi zwierzętami. Bardzo szybko podbijają serca swoich opiekunów, nawet tych którzy określają się jako zagorzali „psiarze” o kotach mający mniemanie dość niskie. Sama zaliczałam się do tej grupy przed wieloma laty 🙂 Prawda jest jednak taka, że przy bliższym poznaniu okazje się że kotu wcale nie jest obojętna obecność człowieka, że przywiązuje się do swojego opiekuna, że tęskni za nim, że człowiek jest dla niego ważny, i to bynajmniej nie jedynie w kontekście codziennego napełniania misek. Nie jest to psia „stała gotowość” ale wyciszona radość i wyraźne pragnienie przebywania w obecności ukochanego człowieka, gotowość do rezygnacji z drzemki w ulubionym fotelu tylko dlatego że opiekun poszedł do kuchni i trzeba za nim podążyć, radosne powitania w drzwiach, układanie się do snu na poduszce obok naszej głowy. To wszystko sprawia że jeden kot bardzo szybko przestaje nam wystarczać. Wydaje nam się, że skoro nasz kot dużo czasu przesypia, to na pewno mu się nudzi i potrzebuje towarzystwa. Opiekun często dochodzi do tego wniosku widząc jak intensywnie kot ciągle doprasza się zabawy i uwagi. Decyzja o drugim, a potem trzecim i kolejnym kocie wydaje się prosta i logiczna. Prawda jest natomiast taka, że kot fizjologicznie przeznacza większość doby na sen, najczęściej jest to ten czas kiedy jesteśmy w pracy, a gdy z niej wracamy, włącza się do naszego życia i doprasza naszego towarzystwa dla nas samych, a nie z powodu tego że nie ma w naszym domu drugiego kota. Drugi kot sprawi że naszej uwagi będą się dopraszały już dwa 🙂

Zanim pomyślicie Państwo o kolejnym kocie, proszę zapoznać się z tym artykułem do końca, wyważyć wszystkie za i przeciw i podjąć naprawdę mądrą decyzję, nie pod wpływem chwili i zobaczonego właśnie słodkiego kociaczka. Ta zakładka napisana jest nie z punktu widzenia hodowcy, ale z punktu widzenia kociego behawiorysty którym jestem niezależnie od prowadzenia hodowli. Nie mam na celu zniechęcenia nikogo do dokocenia jako takiego (sama mam 10 kotów i wiem, że można pogodzić więcej niż jednego w swoim domu), chcę tylko żeby dobrze ocenić swoje szanse na udane dokocenie i zrobić wszystko, żeby ułatwić kotom wspólne życie.

Koty, w przeciwieństwie do psów, nie są zwierzętami stadnymi, nie są zwierzętami społecznymi. Są zwierzętami terytorialnymi, co znaczy że każdy „nowy” w naszym domu będzie dla nich intruzem. Instynkt terytorialny ma różną siłę u różnych kotów, dla jednych przestrzeń prywatna musi być duża i nie są w stanie zaakceptować na niej nikogo innego, dla innych ogranicza się do poduszki na oknie bądź naszych kolan. W zależności od siły tego instynktu nasz kot łatwiej bądź trudniej pogodzi się z „tym drugim”. W hodowlach bardzo starannie prowadzimy dobór na koty, które przecież często będą musiały odnaleźć się w grupie, żeby i w Państwa domach łatwiej było im przyjąć nowych domowników. Najlepszy jednak nawet dobór nie zmieni natury kota – kot jest zwierzęciem terytorialnym, i poza nielicznymi gatunkami, jak lew, nie żyje w grupach, ani tym bardziej w zorganizowanych społecznościach. Przybycie kolejnego kota ZAWSZE wywraca świat naszego pupila do góry nogami.

Co decyduje o tym, czy koty się zaakceptują? Nie ma, niestety, absolutnie jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Koty są niewolnikami zapachów, często nie są w stanie zaakceptować jakiegoś kota bo wydziela na przykład za mało „przyjaznych” feromonów, generalnie nie pachnie drugiemu kotu pokojowo. Oczywiście nie mamy na te sprawy żadnego wpływu. Wiele z kotów które nie były w stanie zaakceptować obecności innych kotów i uchodziły za agresorów miały w rzeczywistości poważnie uszkodzony bądź niedorozwinięty narząd Jakobsona, w którym normalnie znajdują się receptory kocich feromonów. Brak prawidłowego „odkodowania” zapachu drugiego kota budzi lęk, a za nim zawsze podążają zachowania agresywne. Na pewno źle rokują koty które uciekają i chowają się pod kanapami gdy przychodzą do nas goście. Kot nie ma obowiązku łasić się do każdego obcego, ale jako zwierz z natury ciekawski na ogół przychodzi przynajmniej sprawdzić kto przyszedł i co przyniósł. Jeśli nasi goście o istnieniu kota wiedzą tylko z naszych zapewnień, jest to złe rokowanie co do dokocenia. Chyba, że nasze mieszkanie jest po prostu zbyt ubogie nawet dla tego jednego kota – może się okazać, że dorobienie przestrzeni nad podłogą sprawia że kot nabiera pewności siebie, i zaakceptowanie „tego drugiego” staje się jak najbardziej realne. Więcej o organizacji przestrzeni, niezbędnej nawet przy jednym kocie, piszę w zakładce „Dom przyjazny dla kota”. 

Jak się przygotować? Z czym wiąże się decyzja o kolejnym kocie?

Przede wszystkim, przed powiększeniem naszej kociej rodziny zastanówmy się czy podołamy finansowo. Odsyłam do zakładki „Koszty utrzymania kota”, chociaż przy założeniu że obecną zakładkę czytają osoby które już kota mają, teoretycznie nie powinno być to potrzebne. Oczywiście najczęściej nie jest tak, że przy drugim kocie koszty utrzymania podwajają się matematycznie, nie jest to wzrost o 100%, ale o jakieś 70-80% na pewno. Koszty zużycia żwirku, szczepienia czy badania okresowe to wydatki „sztywne”, i one się zwyczajnie podwajają, tutaj żadna oszczędność nam się nie przytrafi. Z jedzeniem już tak na ogół nie jest, drugi kot niejednokrotnie zmniejsza nasze straty bo dojada to, czego nie chciał jeść ten pierwszy. Trzeba jednak liczyć się z tym że niekiedy koszt ten się podwoi, albo okaże się, że nasz nowy kot będzie w utrzymaniu droższy od tego pierwszego (inna karma, inny sposób żywienia, jakaś szczególna dieta). Nad tym jednak nie będę się rozwodzić, zainteresowanych odsyłam do „Kosztów utrzymania kota”.

Najważniejsze jest zapanowanie nad poprawnymi relacjami pomiędzy kotami. Żeby zapewnić więcej niż jednemu kotu dobre samopoczucie musimy z każdym kolejnym kotem dostawić kuwetę, a ilość atrakcyjnych z punktu widzenia kota legowisk to według mnie ilość kotów x 3. To nie znaczy że mamy dokupić kilka drapaków, chodzi o udostępnienie bądź dostosowanie dodatkowych legowisk, półeczek, lub już istniejących miejsc w obrębie naszych mebli (góra szafy, czy kredensu), najlepiej wkomponować wszystko w jakieś logiczne ciągi po których kot mógłby się przemieszczać bez dotykania podłogi. Są to absolutnie podstawowe sprawy, koty muszą mieć możliwość oddzielenia się od siebie i bezkolizyjnego mijania się w naszym domu. Oczywiście najbardziej cieszy gdy leżą blisko siebie, ale to raczej wyjątek niż norma, a często tak naprawdę nie świadczy wcale o wzajemnej miłości kotów, a o upodobaniu tego samego miejsca i braku drugiego, równie atrakcyjnego. Poznamy to po tym że dość szybko jeden z kotów opuszcza wspólne legowisko. O tym jak rozplanować przestrzeń dowiecie się Państwo ze wspomnianej już wyżej zakładki „Dom przyjazny dla kota”

Teraz najważniejsza sprawa, czyli zabawa kotów.

To, że nasz kot się nudzi, może oczywiście być prawdą. Podkreślam jednak że to my jesteśmy odpowiedzialni za zagospodarowanie czasu naszych kotów, nieważne, jednego, dwóch, czy trzech. Znudzony kot oczywiście zacznie się bawić kosztem tego drugiego jeśli będzie od niego silniejszy. Piszę celowo „kosztem” ponieważ koty zasadniczo nie bawią się razem, nie potrafią „udawać”, w przypadku kontaktu fizycznego zawsze pojawia się pokusa „zapolowania”, co jest ogromną przyjemnością dla „polującego” i źródłem równie ogromnego stresu dla „upolowanego”. Kocięta też tego nie potrafią, ich zabawa potrafi być brutalna i ja osobiście nawet maluchom na takie zapędy nie pozwalam. Większość ludzi uważa że koty bawią się podobnie jak psy, w zapasy, przewracając się i turlając. Nie jest to jednak prawdą, psy wiedzą że to „udawanie”, nawet nie zaciskają szczęk na sobie, po prostu jako zwierzęta społeczne znają „zasady gry”. Koty to koszmarnie poważne stworzenia…

Dorosłe koty się nie bawią, nie w takim znaczeniu o jakim myślimy, jedyna zabawa jaką znają koty to ta w polowanie i upolowanie. To na pewno jest zabawne, ale jedynie dla polującego. Wiem, że ze swoimi poradami w tym względzie jestem w mniejszości, wiem, że pokutuje mit o docieraniu się kotów i „ustalaniu hierarchii”, ale jak sama nazwa mówi, jest to tylko mit, źródło krzywdy i tolerowania cierpienia dla wielu naszych kotów. O zabawie dorosłych kotów możemy mówić tak długo, dopóki nie dochodzi między nimi do kontaktu fizycznego. To znaczy jeden goni, goniony, gdy już się przestraszy, że może to jednak nie na niby, zatrzymuje się i odwraca – jeśli goniący również się zatrzyma, jest dobrze, niekiedy koty zamienią się rolami, pogonią w drugą stronę, i znów na taki sam znak zatrzymają – to jest w porządku. Jeśli wszystko skończy się na takich dwóch, trzech rundach, na otwartej przestrzeni, po czym koty się rozejdą, jest doskonale. Gdy jednak goniący się nie zatrzyma, skoczy na gonionego, przygniecie go do ziemi, wówczas kończy się obszar zabawy, a zaczyna prawdziwa próba sił. Gryzienie, szczególnie po łapach, nie jest już, niestety, żadną zabawą. W każdym razie nie dla gryzionego. I nie ma tu znaczenia, że „krew się nie leje”. To już JEST agresja. Na gryzienie nie wolno pozwalać. To jest zabawne jedynie dla gryzącego.

Jeszcze raz powtórzę, że kot bawi się jedynie w polowanie. To znaczy że zabawa jest przednia dopóki któryś z nich zgadza się być „ofiarą”. To stan na mgnienie oka, bo jak powiedziałam, koty to koszmarnie poważne stworzenia, i odgłos biegnącego za plecami towarzysza bardzo szybko wywołuje w uciekającym lęk. W pewnym momencie „ofiara” mówi: „Stop”, jeśli „drapieżnik” tego nie słucha, mamy bójkę. Zazwyczaj niestety nie słucha, tak jest nakręcony świetną, jak dla niego, zabawą. Każda ganianka to potencjalna bójka, o ile jej nie kontrolujemy. Chyba że mamy szczęście i oba koty po dwóch, trzech zamianach rozchodzą się do swoich spraw. Niestety, to rzadkość, instynkt polowania jest u kota tak silny, że najczęściej nie jest on w stanie przerwać tego, co my, behawioryści nazywamy „łańcuchem łowieckim” (zaczajenie się ==>> wypatrzenie ofiary ==>> skok i pogoń ==>> schwytanie ==>> „zabicie”, czyli zaciśnięcie szczęk na ofierze), i nie jest to nic złego, to po prostu kocia natura. Są koty uważne, które szanują swoje granice, i nigdy się nie nakręcają na tyle, żeby się nie zatrzymać gdy goniony się zatrzyma, ale powtarzam, to bardzo rzadkie przypadki. Naszym kotom możemy pomóc organizując odpowiednio otoczenie, czyli jeśli goniony może gdzieś wskoczyć, schować się, itp, to często naturalnie „wygasza” pościg i zabawa kończy się bez przejścia w etap fizycznych przepychanek. Lepsze są półeczki od budek, bo po wskoczeniu przez gonionego do takiej zamkniętej kryjówki może się okazać że polujący uzna to za świetny obrót zabawy, można teraz zapolować „przez dziurę”, co dla zablokowanego kota jest ogromnym stresem.

Przyrównując to do naszego, ludzkiego świata, to jak zabawa w berka, jeśli dobiegniemy do czegoś tam i krzyczymy „Zamawiam!”, goniący ma się zatrzymać, nie wolno mu już nas złapać. Wyobraźcie sobie, że tego nie robi, łapie Was, odciąga od Waszego „bezpiecznego miejsca”, krzyczy że jesteście złapani, jeszcze triumfalnie na Was siada. Co Państwo czujecie i jak się zachowujecie? Dla większości kotów polowanie jest tak fajne że nie słyszą tego „Zamawiam”. Jeśli „wybiegamy” je z zabawką oczywiście jest dobrze, bo instynkt „mordowania” jest zaspokojony. Wybawiamy, po solidnym wybawieniu karmimy, i… mamy szansę nawet na chwilę czułości w postaci wzajemnego wylizywania się, bo po jedzeniu jest mycie. To są te chwile bliskości na które koty sobie pozwalają, jak przyjście do nas na mizianki, jedne na więcej, inne na mniej.

W przypadku większej ilości kotów powinniśmy mieć zawsze pod ręką wędkę, piórka, coś co w przypadku utraty kontroli nad zabawą przez same koty pozwoli nam przekierować uwagę „drapieżcy” i dokończenie „polowania” właśnie na zabawce. Trzeba tylko pamiętać żeby kot miał możliwość schwytania i „zabicia” swojej ofiary, do wybiegania świetny będzie więc laserek, ale kończąc porcję zabawy powinniśmy zmienić zabawkę na coś materialnego, na coś co kot może złapać zębami. Po takiej porcji aktywności obowiązkowo karmienie, i kot jest szczęśliwy.

Wybawienie więcej niż jednego kota jest już sztuką. Koty zazwyczaj stosują się do zasady „kto przy piłce, ten ma fory”. Przy normalnych układach wymieniają się zabawką, najpierw jeden kot bawi się piórkami, drugi – trzeci patrzą, trzeba zabawką „odjechać” od pierwszego, podsunąć drugiemu, jeśli podejmie zabawę, wtedy na chwilę „wyłącza się” ten pierwszy. I tak na przemian.

Jeśli w grupie panują jakieś animozje, wtedy kot który z jakiegoś powodu nie lubi tego drugiego nie włącza się do takiego łańcucha, ewentualnie irytuje się że ten drugi kot też się włącza, i taki kot nie bierze udziału w całym układzie. Trzeba się z nim bawić osobno, albo bardzo umiejętnie z grupą, ale uniemożliwiając zbyt bliski kontakt. Nadal niejako osobno. To jest trudne, bo koty „bez oporów i much w nosie” po odczekaniu kolejki podbiegają i próbują przejąć pałeczkę, co znów wywołuje irytację u malkontenta. Ważne jest przenoszenie zabawki od kota do kota – jeśli to jest laserek sprawa jest prostsza, po prostu wyłączamy go – to ważne, chodzi o to, żeby żaden kot za nim nie pobiegł – i włączamy w pobliżu kota-odludka. On się bawi, najczęściej to taka sama zabawa jak i kot, wiecie Państwo, leżenie w jednym miejscu i pacanie łapkami. Jeśli trwa to za długo, i zauważacie Państwo płonące z pożądliwości oczy pozostałych, przenosicie laserek do ich właścicieli, tym razem nie trzeba wyłączać, ale uwaga – jeśli maruda się ruszy, przeganiamy ją w stronę jakąkolwiek, nawet innych kotów, ale natychmiast zawracamy i osadzamy w odległości od nich bezpiecznej, nie zatrzymujemy marud w pobliżu kotów których nie lubi!

Przy piórkach jest trochę trudniej, ale do zrobienia, trzeba je wysoko poderwać do góry, poza zasięg kocich łap, i na takiej wysokości szybko przenosimy do malkontenta. Jeśli wędka będzie odpowiednio wysoko, koty natychmiast za nią nie ruszą, a jak zobaczą piórka przy łapach innego kota, przez chwilę zadziała „zasada piłki”. Reszta jak wyżej.

Koty-marudy najlepiej wybawić osobno, są wtedy szczęśliwe i podrygują jak kociaki – u mnie takim kotem jest Borgia. Przy kociętach wybawiam Borgię osobno. Jak już nie ma kociaków, osobno i razem. Jeśli razem, bardzo pilnuję, żeby upolować moment, kiedy inne kotki już nie chcą czekać na swoją kolejkę, wtedy przenoszę zabawkę (piórka, laserek) do pozostałych kotek, chwila ganianek NIE W POBLIŻU BORGII – to bardzo ważne, żeby koty nie przebiegały za blisko takiego marudy – po czym znów przenoszę zabawkę do Borgii.

Przy kociakach będzie trudniej, bo kocięta rzadko stosują się do zasady wymiany – pędzą na łeb na szyję, gdzie się da, i nie dają oddechu. Dwa kocięta w jednym wieku nie stanowią problemu, ale już układ, jaki najczęściej mamy przy dokoceniu, czyli dorosły kot – kociak, to spore wyzwanie. Trzeba próbować, na początek najlepszy chyba będzie laserek, włączamy go, odprowadzając kociaka najdalej jak się da, wyłączamy, przenosimy, włączamy przy łapach kota dorosłego – jak kociak się zorientuje, i rusza na światełko, NATYCHMIAST zabieramy dorosłemu i zawracamy kociaka, laserkirem oczywiście, w kąt, i wracamy z wyłączonym do dorosłego. Jest spora szansa, że po wielu takich próbach „pacnie” światełko chociaż raz, a jak się zorientuje, że jest w stanie „bawić się” przy tym małym potworze, może uda się skracać dystans.

Innym elementem wspólnego życia kotów jest karmienie. Idealnie jest jeśli koty dostają jedzenie na osobnych talerzach/miskach. Często jest tak że koty bez problemów jedzą z jednego, odpowiednio dużego talerza bądź tacy. Nam, właścicielom, jest wtedy łatwiej bo mamy mniej naczyń do mycia 🙂 Ale trzeba pamiętać o tym, że największym komfortem dla kota jest posiadania własnej, odrębnej przestrzeni, również przy jedzeniu. U mnie Raya, Perla, Gatta i Arabica to kotki które jedzą zgodnie z jednej dużej tacy. Borgia, Negra i Vesper wymagają osobnych nakryć 🙂 Borgia ustępuje absolutnie wszystkim przy miskach, czeka cierpliwie aż wszyscy zjedzą. Jak mam kocięta i wiem, że się zwyczajnie nie doczeka, karmię ją zupełnie osobno. Przy dorosłych kotkach podaję jej jedzenie z innymi, ale na osobnej miseczce – jest talerzyk Borgiowy, jest dla Negry, jest dla Vesper, i duży półmisek dla pozostałej czwórki. Oczywiście stoję nad nimi z miną Ostatniej Sprawiedliwej i nie pozwalam na przejście do Borgiowej miski. Jak tylko któraś z kotek podnosi tylko głowę i tęsknie spogląda na TAMTĄ miskę, słyszy „Nie”.

Zaakceptowanie natury kota takiej, jaką jest, jest bardzo ważne dla ich dobrostanu i dobrego samopoczucia. Wiem że koty są cudowne, że na jednym na ogół się nie kończy, wiem że nasze serca są niezwykle pojemne. Kocie serca tak pojemne nie są i trzeba im bardzo pomóc pogodzić się z innymi kotami w naszym domu. Posiadanie większej ilości kotów to więcej obowiązków dla nas, obowiązków bardzo miłych, ale trzeba pamiętać że drugi kot nie jest żadnym panaceum na nudę pierwszego kota. Jeśli jesteście Państwo gotowi na takie wyzwania, na to że teraz więcej kotów będzie Was budzić nad ranem, że być może tupot ganiających się łapek będzie głośniejszy niż można było sobie wyobrazić, to jesteście zapewne gotowi na powiększenie rodziny o kolejnego kota.

Jak zawsze, napiszę coś z własnego podwórka. Na wspólnym terenie na stałe mam 7 kotów (Fado i Django z przyczyn oczywistych nie są razem z kotkami, Clara z przyczyn różnych też nie, ona nie potrafi żyć blisko innych kotów), i nie ma między nimi zabaw z kontaktem, poza kociętami, ale one muszą się jakoś nauczyć, że ugryzienie boli, że jak ktoś piszczy, to trzeba go puścić, itp,. i kocięta nie boją się, że coś im się stanie. Ale nawet kociętom nie pozwalam na zbyt długie zapasy, i jeśli widzę, że ktoś bardzo, ale to bardzo chce mordować, biorę wędkę, i go wybawiam. Przy okazji też cała resztę, bo kocięta, w przeciwieństwie do dorosłych kotów, nie ustępują sobie w pogoni za piórkami. Koty dorosłe ganiają się u mnie często po półkach, ale nie dopuszczam do kontaktu. Teraz już nawet nie muszę tego pilnować, bo nie nabrali złych nawyków. Gdy tylko słyszę ganiankę, jestem przygotowana, wędki na długich drucikach mam zawsze pod ręką, i gdy zobaczę błysk mordu w czyichś oczach, natychmiast przekierowuję jego uwagę na zabawkę i wybawiam do utraty tchu. Koty uczą się tak szybko, że nawet gdy nie mogę natychmiast wziąć zabawki, a widzę że krew w żyłach ruszyła, wystarczy że zawołam mię kota, i jest „zastopowany”, co daje obojgu chwilę oddechu i opamiętania. Nie wiem co to futro na podłodze, a koty nie mijają się stale kontrolując nawzajem swoje ruchy. Wzięcie drugiego kota nie zwalnia nas z obowiązku zabawy, w przeciwieństwie do udzielanych w różnych miejscach beztroskich rad że drugi kot rozwiąże problem nudy tego pierwszego; wręcz przeciwnie, tym bardziej musimy im ją zapewnić, żeby nie bawiły się swoim kosztem. Niestety, wiele osób nie widzi tego kosztu, wydaje im się że skoro nie leje się krew to jest OK.

Tolerowanie nieprawidłowych zachowań sprawia że zostają one utrwalone, a potem piszecie Państwo do mnie listy z prośbą o pomoc w rozwiązaniu problemu nagłej i niespodziewanej zmiany stosunków między kotami. W przypadku ogromnej większości tych listów okazywało się że zmiana nie była ani nagła, ani niespodziewana, była jedynie eskalacją tego co właściciele oglądali na co dzień, a co lekceważyli, bo przecież „krew się nie lała”. Prawda jest taka że jak już się leje, to jest naprawdę bardzo źle. Szansę na zmianę mamy dopóki do tego nie dopuścimy. Bo nawet jeśli się nigdy nie poleje, bardzo trudno jest nam potem dostrzec związek pomiędzy kotem żyjącym w stałym napięciu, czy ten drugi mnie zaraz zaczepi, czy dziś da mi spokój, a jego różnymi, nawracającymi, trudnymi do wytłumaczenia problemami zdrowotnymi. Życie w stałym napięciu jest źródłem wielu schorzeń i problemów, o czym dokładniej piszę w zakładce o stresie i jego skutkach.

Jak wprowadzać kolejnego kota 

Na pewno wiele osób mogłoby przedstawić wiele scenariuszy wprowadzania nowego kota, od banalnych, typu „wypuściłam, i było dobrze”, po kilkutygodniowe, żmudne przyzwyczajanie kotów do siebie. Ja uważam, że trzeba być przygotowanym na te najtrudniejsze scenariusze, jeśli poszczęści nam się, i znajdziemy się w grupie tych, którzy dokocenie przeszli w sposób niezauważalny, po prostu będziemy się cieszyć.

1. Na dokocenie trzeba wybrać okres, kiedy nasz kot rezydent jest w doskonałym zdrowiu i kondycji psychicznej. Nie powinno się wprowadzać nowego kota krótko po przeprowadzce, jakichś gwałtownych zmianach w naszym domu, krótko po urodzeniu dziecka, po kastracji rezydenta, po powrocie z wakacji, na których byliśmy z naszym rezydentem, itp. Spotkanie z drugim kotem to zawsze spotkanie z inną florą bakteryjną, innymi szczepami wirusów, które każdy z kotów nosi na sobie już „oswojone”. Dla drugiego kota ten zestaw jest zupełnie obcy, zarówno ten należący do rezydenta, jak i ten wnoszony przez „nowego”. W sytuacji, kiedy spotkanie z „tym drugim” jest zawsze źródłem stresu, za czym błyskawicznie idzie spadek odporności, nietrudno o infekcje, i wcale nie znaczy to, że któryś z kotów jest chory; najczęściej oczywiście takie oskarżenie pada pod adresem „nowego”, bo przecież do jego przyjazdu wszystko było dobrze. Przyrównałabym to do naszego wyjazdu na przykład do Egiptu, w którym po wypiciu nieprzegotowanej wody jesteśmy chorzy, niejednokrotnie naprawdę ciężko, a przecież mieszkańcy korzystają z niej na co dzień, i są jak najbardziej zdrowi. Nasze koty też muszą przywyknąć do swoich zestawów drobnoustrojów, dlatego tak ważne jest, żeby były w jak najlepszej kondycji. Ważne jest też budowanie odporności, czyli już na tydzień przed planowanym dokoceniem podajemy rezydentowi Immunodol i lizynę, i kontynuujemy miesiąc po przybyciu „nowego”. Oczywiście to samo dotyczy nowego kota, bo i on zderzy się z nieznanym sobie światem drobnoustrojów. Stres związany ze zmianą domu, nowym kotem, poczuciem zagrożenia u rezydenta, to czynniki niezwykle sprzyjające zachorowaniu.

2. Dobrze jest zaplanować sobie na ten czas kilka dni wolnego. Odradzam wypuszczanie nowego kota „na żywioł”, i czekanie, aż koty „same się dogadają”. Złe zachowania, których możemy się spodziewać na początku, są normalne, i nie świadczą źle o żadnym z kotów, ale ich utrwalenie jest niebezpieczne. Koty mogą na siebie syczeć, jeżyć się, nawet warczeć. Dopóki straszenie kończy się właśnie na takich bezkontaktowych zachowaniach, nie ingerujemy, mówimy do kota zwyczajnie, jak zawsze. Reagujemy i oddzielamy koty, jeśli obserwujemy zachowania takie jak zapędzanie w kąt, pilnowanie kuwety, polowanie przy kuwecie na wychodzącego z niej kota, ataki łapami. W takim przypadku bardzo starannie dozujemy kontakty pomiędzy kotami, oddzielając je na większość dnia, a już na pewno na czas, kiedy nie ma nas w domu. 

3. Naszym kotom na pewno pomogą syntetyczne feromony, na przykład Feliway wpięty w gniazdko; to spora inwestycja, ale bardzo pomaga, szczególnie rezydentowi (dokacamy się zazwyczaj kociakiem, a te bardzo szybko odnajdują się w nowym otoczeniu). Można też zakupić obróżki anystresowe, ale trzeba się zastanowić, czy nasz kot ją zaakceptuje, bo może się okazać, że sama obróżka będzie dla niego na tyle irytująca, że zamiast wyciszyć, jeszcze pogorszy sytuację. 

4. Doskonałą pomocą w oswajaniu kotów mogą okazać się… kartony. Kartony poustawiać trzeba w pokoju, w którym przebywamy my i koty, do góry dnem, ze dwa-trzy co najmniej. W kartonach trzeba wyciąć po dwa albo trzy otwory, żeby można było z nich spokojnie wyjść, i szparki przy podłodze, żeby zmieściły się łapki. Więcej niż jeden otwór to konieczność, żeby karton nie stał się pułapką dla kota, który do niego wejdzie, a drugi będzie na przykład zaglądał za nim. Ten pierwszy musi mieć możliwość wyjścia innym otworem. Szpary przy podłodze będą kusiły do zabawy „w łapki”, umożliwią naprawdę bliski kontakt, ale nie pozwolą na przemoc. Kartonów musi być kilka, jak z każdym innym „dobrem”, bo jeden stanie się kolejnym „punktem sporu”. 

5. Pamiętajmy, żeby naprawdę dużo czasu poświęcać rezydentowi. Nowy kot jest jak nowe dziecko w rodzinie, uwaga wszystkich na ogół skupia się właśnie na nim, każdy bawi się i zachwyca nową, rozkoszna kuleczką. Tak naprawdę nasza uwaga musi być skierowana przede wszystkim na rezydenta, nie w sposób jakiś szczególny, ale właśnie z zachowaniem jego stałych, rutynowych zajęć i upodobań. Przybycie nowego kota jest właśnie wywróceniem uporządkowanego i doskonale ułożonego życia, tak z punktu widzenia naszego rezydenta, i powinniśmy zrobić wszystko, żeby uznał, że jego życie może się nadal toczyć tym samym rytmem, tyle, że obok będzie ktoś jeszcze. Podobnym przeżyciem dla kota, sprawiającym, że czuje się zagrożony, jest bardzo często przyjście na świat dziecka.

6. Przenoszenie zapachów – to w przypadku trudnych dokoceń. Jeśli relacje pomiędzy kotami są tak napięte, że muszą one być separowane w osobnych pokojach, wymiana ich posłanek, kocyków, puf, na których lubią leżeć, może okazać się bardzo pomocna. Koty oswajają się z zapachem „tego drugiego”, a równocześnie, leżąc na przemian na swoich legowiskach, przesiąkają nawzajem swoimi zapachami. 

Nie należy wypuszczać kotów „na żywioł”, na zasadzie, że „same mają się ze sobą dogadać”. Koty na początku należy rozdzielać, pierwsze, kontrolowane spotkanie powie nam bardzo dużo na temat tego, jaką techniką przeprowadzić dokocenie. Jeśli rezydent jedynie obserwuje „intruza”, można pod kontrolą robić takie właśnie bezpośrednie zapoznawcze sesje, po których dobrze jest rozdzielić, koty, żeby od siebie odpoczęły, a emocje opadły. Jeśli rezydent nie kojarzy źle transportera, można go na jakiś czas w nim zamknąć, koniecznie postawić na wysokim meblu (nie na podłodze!), żeby kot miał dobrą widoczność, i pozwolić zapoznać się z otoczeniem nowemu kotu. Rezydent będzie mógł się bezpiecznie przyglądać, obserwować „nowego”. Oczywiście to krótka sesja jedynie, nie zamknięcie za karę 🙂 Bardzo często po takim dokładnym obejrzeniu intruza z wysokości, rezydent podchodzi do całego zamieszania znacznie spokojniej.

Jeśli jednak kontrolowane spotkania kończą się próbami ataku, wyraźnym polowaniem, koty rozdzielamy, i zapoznajemy przez drzwi, bądź przez zamontowaną w drzwiach odpowiednio wysoką barierkę, początkowo zasłoniętą, żeby koty się nie widziały, a jedynie słyszały. Karmienie po obu stronach takiej barierki, początkowo bez widoczności, jest bardzo dobrym sposobem dla kotów na oswojenie się z myślą, że gdzieś tu blisko jest ten drugi. Kotów nie łączymy, dopóki nie potrafią patrzeć na siebie po zdjęciu zasłony, przy barierce oczywiście – dlatego idealnie jest, jeśli zrobiona jest np. z pleksi, którą na początku zasłaniamy. Oczywiście w ostateczności rolę takiej bariery mogą pełnić drzwi, ale są one trochę zbyt „zdecydowanym” oddzieleniem, nie pozwalają na dozowanie kontaktu, i dobrze jest jednak wymyślić coś bardziej funkcjonalnego na czas dokocenia, czegoś, co pozwoli na oddzielenie kotów, ale też stopniowe oswajanie ze swoim widokiem. 

Dokocenie to proces trudny również dla samych opiekunów, i swoją odporność psychiczną na stawienie czoła naprawdę nieprzyjemnym momentom też trzeba wziąć pod uwagę przy decyzji o wzięciu pod swój dach drugiego, bądź kolejnego kota. Nowy domownik to zawsze poczucie zagrożenia u rezydenta, który w początkowym okresie bardzo często odsuwa się od opiekunów, porzuca swoje dotychczasowe rytuały, przestaje przychodzić na kolana, do łóżka, niejednokrotnie syczy i warczy na ukochanego człowieka, nie rozpoznając go, przesiąkniętego obcymi zapachami. Okres odbudowy poczucia bezpieczeństwa jest niekiedy długi, i poczucie porzucenia, z jakim muszą zmierzyć się opiekunowie, jest dla nich niekiedy nie do udźwignięcia.

Trzeba również mieć świadomość, że dokocenie MOŻE SIĘ NIE UDAĆ. Są koty, które nigdy do końca nie pogodzą się z innym kotem na swoim terenie, i należy wtedy umieć pogodzić się z tym faktem, dla dobra samych kotów. Koty zmuszone do życia obok siebie, wbrew swojej woli, oczywiście się nie pozabijają. Będą wegetować w stałym lęku, jak człowiek w nieudanym związku, którego skutkiem na dłuższą metę jest jedynie smutek, depresja, i choroba. To sytuacje niezwykle rzadkie, bo większość kotów uczy się życia w grupie, niektóre potrafią nawet nawiązywać wyraźnie przyjaźnie z jakimś wybranym kotem. Nie zmuszajmy ich jednak do życia pod jednym dachem, jeśli z jakiegoś powodu nie dotyczy to naszych kotów. Ja również mam kota, który nie żyje z grupą, bo nie jest w stanie tolerować bliskości innych dorosłych kotów, nawet urodzonej przez siebie, i wychowanej z wielką miłością i czułością, córki.

 

I jeszcze mój mały, prywatny apel 🙂

Proszę zawsze bardzo dokładnie zastanowić się przed wprowadzeniem do domu drugiego, a już podwójnie zastanowić się przed wprowadzeniem każdego kolejnego kota do naszego domu. Nie należy robić tego pod wpływem namawiania przez znajomych, że drugi kot rozwiąże problem nudy tego pierwszego, że koty są takie fajne, niekiedy sami lekarze zalecają drugiego kota „do towarzystwa”. Lekarze weterynarii nie są behawiorystami, na temat zachowań kotów wiedzą na ogół niewiele (chyba, że ktoś przy okazji behawiorystą jest, ale takich połączeń na palcach jednej ręki), i nie mam do nich o to pretensji, bo są od innych rzeczy. Hodowcy też z racji tylko bycia hodowcą behawiorystami nie są. Na forach wypowiadają się często jedynie te osoby, które wypowiadać się chcą, co nie jest żadnym gwarantem, że to, co mówią, ma jakąś wartość.

W związku z powyższym nie mogę pogodzić się z tym, jak wiele kotów w wyniku pseudo porad po prostu żyje w przewlekłym stresie, bo opiekunowie nie chcą przyjąć do wiadomości, bądź nie mają gdzie zdobyć wiedzy na temat ich natury. Jak nie leje się krew, to znaczy, że jest w porządku. Jak się ściskają w jednym legowisku, to łatwiej się zachwycać, i pisać o jakiejś abstrakcji pod tytułem kocia miłość, zamiast zapewnić kotom drugie stanowisko, i pozwolić im na spokojny wypoczynek. Jak nie warczą, to znaczy, że nic się nie dzieje. Dziesiątki tego typu porad na pytania zaniepokojonych opiekunów

Koty są na ogół bezgłośne, jak robią się głośne, to po prostu jest już fatalnie. Nie używają też, bez „postawienia pod ścianą”, całego swojego arsenału, bo są świadome swoich możliwości, i wiedzą, że jeśli posuną się za daleko, to w odpowiedzi otrzymają to samo, a nikt nie chce być naprawdę pogryziony czy podrapany. Zawsze podkreślam, że w trakcie tego, co tak beztrosko określane jest jako „zapasy”, jeden kot ma oczywiście doskonałą zabawę, bo zaspokaja swoją potrzebę polowania i „mordu”. Drugi kot ma już tej zabawy mniej, o ile nie wcale. Dla kota „ciemiężonego” przerwanie takiego łańcucha jest bardzo trudne, nie może po prostu odbiec, bo wie, że to sprowokuje pogoń, nie bardzo ma jak się „odgryźć”, bo jest słabszy/mniejszy/mniej przebojowy po prostu. Więc trzymają się koty w takim szachu, i gnębiony czeka, aż się to skończy. Jeśli jest to kociak, szybko znów będzie go rozpierać energia, i pragnienie zapolowania będzie silniejsze. No i jest to dla niego trening – w końcu urośnie, i „ciemiężyciela” może spotkać niespodzianka. Zabawa jest ogromną przyjemnością dla obojga, jeśli odbywa się bez kontaktu fizycznego, polega na wzajemnym, zamiennym ganianiu się bez „napadania”.

Trzeba być wobec siebie, i kotów, uczciwym. Jeśli sprawiamy sobie drugiego kota, to nie oszukujmy się, że to dla tego pierwszego, żeby miał towarzystwo. Robimy to dla siebie, żeby mieć drugiego kota, innego, który na przykład da nam to, czego nie dał ten pierwszy. I nie ma w tym niczego złego. Możemy mieć i dwa koty, i trzy. Ja na jednym terenie mam w tej chwili 7. Nie ma mowy o żadnych zapasach, to dla mnie zachowanie nie do przyjęcia. Muszę poświęcać im ogrom czasu, żeby dały upust swoim instynktom, i więcej kotów to dla mnie więcej napięcia i stałego uważania. Moje koty nie są jakieś inne, też by chciały pomordować. Jak widzę, że Raya przeciąga się, i rozgląda z takim charakterystycznym spojrzeniem, to wiem, że czas włączyć laserek, i wyganiać ją tak, żeby aż język zwisł jej do podłogi. Jak widzę, że któraś z kotek zaczyna z zainteresowaniem patrzeć na swoje dzieci, ale takim bardzo szczególnym, to wiem, że czas na wędki. Kotki potrafią fantastycznie bawić się swoimi dziećmi, NIGDY żadna nie zrobiłaby m krzywdy, ale zapewniam, żadne z tych kociąt nie jest wtedy szczęśliwe. Ja kiedyś też słuchałam porad hodowców i przypadkowych ludzi z forów, których uważałam za jedyne źródło mądrości, i pozwalałam na „docieranie się”; na szczęście słuchałam tych „porad” bardzo krótko, bo uczucia podpowiadały, że okrągłe z przerażenia oczy, czy napięte, przycupnięte ciała, to nie może być objaw radości. Zdrowy rozsądek nie pozwalał mi zobaczyć nic zabawnego w zapasach pomiędzy Clarą a Borgią, a przecież to matka z córką. To były wtedy jedyne koty, u których takie rzeczy się u mnie zdarzały, i dla mnie był to widok nie do zniesienia. I też bezgłośnie, bez warczenia, potem jedzenie obok siebie. Jak w małżeństwie, w którym jednego dnia żona dostaje garnkiem po głowie, a drugiego idą razem na imieniny do znajomych, i wszyscy podziwiają, jaka to zgrana i dobrana para. Nikomu nie życzę takiego związku.

W internecie znajdziecie Państwo wiele artykułów na temat kotów. Prawda jest taka, że artykuły te piszą osoby o bardzo różnym przygotowaniu, niekiedy ich jedynym doświadczeniem jest po prostu posiadanie kota. Nie chcą współpracować z hodowcami, niejednokrotnie uważając ich za niedokształconych, chciwych ludzi nastawionych na zysk. Behawiorystyka jest moją wielką pasją, i zmaganie się z nowymi zagadkami zadawanymi mi przez moje czy Państwa koty w ramach prowadzonego przeze mnie poradnictwa sprawia mi wiele satysfakcji. Stale się dokształcam, bo nie mam patentu na rację, ale też nauczyłam się podchodzić do rad udzielanych przez innych, których edukacja opiera się jedynie na kursach internetowych i przeczytanych książkach, często już nieaktualnych, z dużą rezerwą.

Jestem w stanie zrozumieć, że wiele osób nie chce słuchać porad tych, którzy faktycznie obserwują koty, słuchają ich, i wyciągają wnioski, a nie na siłę dopasowują kocie zachowania do psów, bo najczęściej porady te nie należą do uspokajających, a raczej stawiają wymagania. Łatwiej jest na tłumaczenie, że prawdziwa zabawa to zabawa bez kontaktu odpowiedzieć „ale moje się lubią poszarpać”, i przejść nad wszystkim do porządku dziennego, nie chcieć widzieć kociego życia w lęku i permanentnym stresie. Łatwiej jest ciągać kota po weterynarzach i leczyć na niewytłumaczalne choroby, przyjmując, że to kot taki chorowity, i tak już ma, zamiast dostrzec brak odpowiednio dostosowanego otoczenia, dostrzec fakt, że piękne i puste mieszkanie będzie dla kota jedynie źródłem stałego lęku, miejscem, w którym nie ma się gdzie ukryć, nie można się nigdzie wspiąć, nie można opracować sobie „mapy terenu”, tylko stale trzeba żyć w napięciu. Trzeba by przecież zburzyć wypracowany starannie przez jakiegoś dekoratora wnętrz plan, który NAM się miał podobać. 

Najczęstszym określeniem, jakie pada, to że „on/ona nie jest wcale zestresowany/zestresowana, normalnie się zachowuje, je, i w ogóle.” Kto z nas pokazuje, jaki jest zestresowany? Na jakiej podstawie osoba bez przygotowania potrafi określić, czy ktoś jest zestresowany, i w jakim stopniu? Jak przed laty czekałam na wynik badania w kierunku nowotworu, to myślałam, że umrę. Każdego dnia ubierałam na twarz uśmiech, szłam do pracy, wchodziłam do klasy, i słuchałam swoich uczniów, uśmiechałam się do nich, opowiadałam dowcipy, żeby podnieść na duchu tych, którzy mieli problemy. Jestem introwertykiem, mam naturę kota, nie lubię opowiadać o swoich problemach, więc na przerwach śmiałam się i „integrowałam” z innymi. Potem wracałam do domu, na twarzy uśmiech nr 1, bo przecież dla moich dzieci, które mają spokojnie sobie żyć i cieszyć z mojej obecności, więc nie mogą oglądać bladej twarzy i myśleć, że zaraz będzie koniec świata. A najgorsze były noce, kiedy leżałam zwinięta w kłębek, wszyscy spali, ja niby też, tylko myśli w głowie krzyczały, i nie dawały zasnąć, więc potrafiłam tak przeleżeć do 4 nad ranem, potem zmęczenie brało górę, a o 6 trzeba było wstać, uśmiech nr 1 na twarz dla dzieci, potem nr 5 do pracy.

Zawsze uchodziłam za osobę pogodną. Dla nikogo nie byłam zestresowana.

O skutkach przewlekłego stresu, tych zdrowotnych, piszę obszernie w zakładce Stres i jego skutki.

Jeszcze raz podkreślam – NIE MAM NIC PRZECIWKO WIĘCEJ NIŻ JEDNEMU KOTU W DOMU. To fantastyczne zwierzęta, i wcale się nie dziwię, że ludzie nie potrafią poprzestać na jednym. Ja sama raczej nie dojdę do etapu, na którym jest Vicky Halls, która mówi, że ona ma już tylko jednego kota, właśnie ze względu na jego dobrostan. Ale nie można udawać, że nie ma problemu, kiedy jest. Więcej kotów to więcej udogodnień, rezygnacja bardzo często z ulubionego stylu. To przewrócone do góry nogami mieszkanie, urządzone już nie według naszych wyobrażeń, a wymagań kotów. To stała uwaga. To jak rodzeństwo, które będzie stale rywalizować o naszą uwagę i miłość. I nic nie pomogą nasze zapewnienia, że przecież kochamy nasze dzieci tak samo mocno. One będą chciały się o tym upewniać każdego dnia od nowa. A jeśli ktoś nadal nie rozumie, dlaczego, proponuję takie małe ćwiczenie, wyszukałam w jakimś programie terapii rodzin, w którym starano się pomóc rodzicom zrozumieć, dlaczego ich dzieci mają takie dziwne relacje, raz super, a potem bójka:

„Wyobraź sobie , że masz wspaniałego męża (żonę), kochasz go bardzo, a on Ciebie. Mieszkacie sobie w swoim mieszkaniu, codziennie do siebie wracacie, macie udany seks, jest cudownie. Pewnego dnia Twój mąż (żona) mówi do Ciebie: – Kochanie, jesteś taka cudowna, tak bardzo Cię kocham, jesteś po prostu tak idealna, że postanowiłem sprawić sobie jeszcze jedną żonę, podobną do Ciebie. Na drugi dzień wracasz do domu, Twój mąż jest z tą druga, śmieją się i żartują, potem przychodzą goście, żeby obejrzeć tę nową.” Uczestnicy mieli w tym miejscu opisać swoje uczucia, zapewniam Państwa, że nie były to opisy nadające się do publikacji na tej stronie bez sporej cenzury.

Koty nie operują zapewne takimi samymi uczuciami, ale ja uważam, że uczucia jak najbardziej mają. Boją się straty, boją się, że ich uporządkowane życie się skończy. Boją się, że ktoś zabierze im ulubiony fotel, rozetę, półkę. Że nie będzie już dla nich miejsca na naszych kolanach. Na szczęście większość rozumie po pewnym czasie, że kolana są nadal, chociaż niekiedy nie o tej porze, kiedy by chciały, ale że da się z tym drugim żyć, że nie brakuje jedzenia. Chęć do zabawy jest zawsze, i po pewnym czasie odkrywa się, że ten drugi może właściwie posłużyć za worek treningowy, więc dlaczego nie?

Ja nie chciałabym być niczyim workiem treningowym. I tego chcę dla wszystkich kotów, żeby żaden z nich nigdy nie musiał być niczyim workiem treningowym. Żeby każdy miał swoją rozetę, żeby mógł spokojnie sobie pospać z wyciągniętymi nogami i zwieszoną głową, bez czekania, komu się prędzej znudzi ścisk, i wreszcie sobie pójdzie.

Po prawej stronie ilustracja w pigułce tego wszystkiego, o czym napisałam. Po raz kolejny przebudowałam drapak, przy moim fotelu stał taki mały, z rozetą i półką. Stoi nadal oczywiście. Rozeta jest ukochanym miejscem Gatty, która w ten sposób towarzyszy mi w pracy, przy mojej głowie. Vesper odkryła rozetę niedawno, chociaż dla niej wiszą dwie inne, na słupie, też obok mojego fotela (to miejsce strategiczne więc przy moim fotelu są 4 rozety). Gdy zobaczyłam, jak Vesper próbuje z pokojowo pochyloną głową podaną do wylizania, postawa „na kociaka”, wejść do Gatty, i po pokornym zezwoleniu na wylizanie głowy i uszek ułożyła się obok, i tak leżały, niestety, nie jako wyraz matczyno-córkowskiej miłości, a po prostu dlatego, że żadna z nich nie jest skłonna do radykalnych rozwiązań konfliktów, przykręciłam do słupa nad swoją głową rozetę z innego drapaka, w którym nie była używana (nie było to najlepsze miejsce według kotów). Nie ma już od tamtego momentu kociej miłości i przytulania się w jednym kółku, są dwie rozpostarte, wywalone do góry kołami klony obok mojej głowy. Niekiedy jest ich więcej, jak na zdjęciu obok, bo najważniejsza jest bliskość, każdy chce być obok mnie, gdy pracuję w swoim fotelu. Są więc dziewczyny ułożone wianuszkiem wokół mojej głowy, w budce, na budce, w rozetach, i niewidocznym na zdjęciu, również nad moją głową hamaku.

I tego wszystkim życzę. 

autor: Dorota Szadurska

Ostatnio, w rozmowie telefonicznej z Rodziną mającą naszego kota padło pytanie: jak podać kotu tabletkę? Chodziło o zwykłe, sezonowe odrobaczenie, aczkolwiek temat okazał się dłuższy i fascynująco się rozwinął. Do tego stopnia, że postanowiłam z nim wrócić na naszej stronie.
Podawanie kotu tabletki jest czynnością właściwie prostą, o ile dysponuje się sporą dawką determinacji oraz refleksem Chucka Norissa. Jednak umiejętność tę warto posiąść, ponieważ nie znamy dnia ani godziny (odpukać w niemalowane), kiedy może się ona nam przydać. Argumenty, że „Nie umiem”, „nie mam serca tego zrobić” są niedojrzałe i jedynie świadczą i braku odpowiedzialności. Jeśli kot wymaga leczenia czy chociaż zwykłego odrobaczenia – należy to zrobić. I juz.

Sprawnie wykonana operacja zapodania tabletki kotu nie jest ani dla niego bolesna, ani fizycznie nieprzyjemna. Przy niektórych niżej opisanych sposobach może ucierpieć jedynie ego : czasem kota, a czasem podającego tabletkę 😉 JAK to zrobić? Poniżej przybliżę kilka sposobów, wybrać odpowiedni należy w zależności od chęci kota do współpracy 🙂

Sposób pierwszy: hardcore’owy – ale najpewniejszy.
Klękamy na podłodze trzymając kota pomiędzy kolanami. Kot jest do nast tyłem, dzięki czemu właściwie mamy wolne ręce. Unosimy głowę kota i otwieramy mu pyszczek (delikatnie ale stanowczo), palcem wskazującym i kciukiem rozwieramy szczęki (kota). Wrzucamy tabletkę jak najszybciej i jak najgłębiej w gardziołko i zamykamy kocią paszczę. Przytrzymujemy na chwilę zamkniętą i .. delikatnie pukamy palcem wskazującym w nosek kota. Takie leciutkie puknięcie powoduje u kota odruch połykania i chęć oblizania się. I już.
Niektóre koty potrafią jednak tabletkę super szybko wypluć. Aby temu zapobiec możemy tabletkę włożyć nie na środek gardziołka, a trochę z boku -wtedy kotu trudno jest ją wypluć. No i po zakończonej sukcesem części z połykaniem, podajemy kotu szybko jakiś smakołyk – dzięki czemu kotek łakomczuszek od razu zapomni o wcześniejszych przebojach.

Modyfikacja nr 1 – tabletkę można rozgnieść na łyżeczce i zamiast całej tabletki, wsypać kotu do pyszczka proszek. Tu już będzie bardzo trudno mu go wypluć. Niestety jest też druga strona medalu – tabletka po rozgnieceniu zwykle jest bardzo gorzka i pierwsze zastosowanie tej metody może okazać się też ostatnim… Warto sprawdzić, czy tabletka nie jest wyjątkowo ohydna po rozdrobnieniu.

Modyfikacja nr 2 – tabletkę rozgnieść z odrobiną wody i podać do pyszczka strzykawką, zamiast palcem. Podajemy przy zamkniętym pyszczku ( strzykawkę wkładamy z boku pyszczka, za kłami) bardzo powoli, aby kot się nie zachłysnął.

Modyfikacja nr 3 – obtoczyć tabletkę w maśle i wepchnąć do pyszczka. Miałam kota u którego sukces gwarantowało użycie majonezu 🙂 też można 🙂
Niektórzy owijają kota kocem lub ręcznikiem (taki koci naleśnik), jednak ja nie jestem zwolennikiem tego pomysłu. Jest to wersja ostateczna – wymaga użycia siły na zwierzęciu. Potem raczej trudno będzie przekonać kota, ze podawanie leku nie jest straszne.

Sposób drugi – rozkruszyć tabletkę i wymieszać z odrobiną mokrej karmy lub kawałkami mięsa. Może być też twaróg lub jogurt, coś za czym kot przepada. I trzymamy kciuki, żeby kociak nie wykrył naszego fortelu.

Sposób trzeci – rozkruszyć tabletkę bardzo dokładnie i wymieszać z mała ilością miodu. tą mieszaninę nałożyć w małej ilości kotu na łapkę. Jak wiadomo kot musi być czysty i raczej będzie starał się natychmiast do czystości doprowadzić zlizując miksturę z łapy. Jednak może się okazać, ze mamy do czynienia ze spryciarzem, który brudną łapkę pójdzie umyć w misce z wodą pitną 😉

Sposób czwarty – ukryć tabletkę w porcji śniadaniowej mokrej karmy czy mięsa. Jest szansa, ze nasz koci głodomor nie wyczuje podstępu i nie plunie znalezioną tabletką na ścianę. Trzeba się jednak upewnić, ze na pewno tabletka została zjedzona i nie ukryta sprytnie pod talerzykiem czy po prostu nie wypadła z pyszczka po odejściu od jedzenia 😉

Sposób piąty – kiedy wszystko inne zawiedzie udać się do weterynarza i błagać o pomoc lub lek w innej postaci 😉

Niech Moc będzie z Wami 🙂

Wyższość Pana Kota nad Panem Psem 😉

1. Nie zakłóca ciszy, nie tylko nocnej, szczekaniem.
2. Można Go łatwo nakłonić do rezygnacji ze spaceru.
3. Nie obgryza Twoich ulubionych kapci.
4. Nie eksmituje Cię z łóżka, zadowalając się pozycją współlokatora.
5. W wieku 4-5 tygodni wie do czego służy toaleta.
6. W razie drzemki na Twoim ulubionym fotelu wywiesza kartkę: „nie budzić, przenieść delikatnie, nucąc kołysankę, na puchową poduszeczkę”.
7. Nie pachnie na zmianę pogody.
8. Nocą sprawdza Twoją czujność na odgłosy włamania.
9. Nie podlizuje się.
10. Zajmuje się pielęgnacją Twoich kwiatów.
11. Skutecznie zastępuje muchozol i inne środki owadobójcze.
12. Nie przynosi piachu ze spaceru.
13. Rankiem, najczęściej ok. 4.00, nie daje się zbyć obietnicą długiego spaceru.
14. Dzięki Jego staraniom, co 3 lata, czujesz pilną potrzebę wymiany mebli tapicerowanych.
15. Zasypia na Twojej szyi, nie z potrzeby, ale w trosce o Twoje gardło.
16. Ptaszki w klatkach zawieszasz przy suficie ażeby zapewnić im stosowną ilość światła i powietrza.
17. W celu ułatwienia dostępu słońca do wnętrza mieszkania skracasz systematycznie firanki, w skrajnych przypadkach rezygnując z nich całkowicie.
18. Częściej, aniżeli byś chciał, zajmujesz się porządkowaniem półek.
19. Cierpi wybiórczo na schorzenie słuchu, zwłaszcza gdy Go wołasz.
20. W trosce o Twój wzrok kładzie się na czytanej książce.
21. Kiedy głęboko śpisz przypomina Ci, że jest tygrysem.
22. W trosce o Twoje zdrowie staje się najdelikatniejszym masażystą.
23. Kot potrzebuje więcej snu aniżeli pies.
24. Zaspokajając wysublimowany zmysł Jego smaku zmuszony jesteś do regularnego, kulinarnego dokształcania się.
25. Twoim obowiązkiem jest dbać o kondycje fizyczną Pana Kota i dlatego musisz się z nim bawić, gdy ma na to ochotę.
26. Sprawia Ci satysfakcje tym, że jest i daje Ci to odczuć.
27. Przychodzi najczęściej wtedy, gdy jest głodny.
28. Wyzwala w Tobie poczucie ostrożności, przy korzystaniu z domowych urządzeń, mebli czy osobistej garderoby, sprawdzając czy On tam nie zażywa zasłużonego odpoczynku.
29. Kot potrzebuje większej przestrzeni życiowej aniżeli pies; jeżeli masz więcej aniżeli jednego Pana Kota, rozważ konieczność zamiany mieszkania na większe, najlepiej dwupoziomowe.
30. Przyrządzając rybę na obiad, zwłaszcza w okresie letnim, dba o Twoje zdrowie, wymuszając zabezpieczenie dolnych partii nóg przed chłodem.
31. Zmusza Cię do przestrzegania przepisów p/pożarowych i rezygnacji z kolacji przy świecach.
32. Jest pomocny w podtrzymywaniu Twojego refleksu, kiedy łapiesz spadające przedmioty.
33. W przypływie napadów czułości, świetnie zastępuje fryzjera.
34. Zasypiając w Jego „objęciach”, doszkalasz się pod względem muzycznym.
35. Troszczy się niezwykle o stan skóry Twojej twarzy, poddając ją licznym zabiegom, często nawet bolesnym, ale wynikającym li tylko z konieczności.
36. Potrafi dopasować kształt ciała do różnych, tajemniczych czasami miejsc, odpowiednich do ucięcia sobie drzemki.
37. Nie reaguje na połajanki, wiedząc iż jest to tylko przejaw Twojej miłości.
38. Okazuje moc charakteru, nie dając się zbyć jednym tylko głaśnięciem.
39. Sygnalizuje stan swojego zdrowia; jeżeli śpi we własnym legowisku, wezwij natychmiast lekarza, widocznie coś Mu dolega.
40. Bawi się szczególnie wtedy, kiedy próbujesz znaleźć odpowiedź na pytanie „kto otwiera drzwi i odkręca kurek z wodą”.

Opracował: Roman Grabara, Stary Lubosz 2006 r. (www.karodok.com)

Przygotowanie do pierwszej wystawy

Podjęcie decyzji o wystawianiu kota to bardzo duże, emocjonujące i często stresujące wyzwanie, zarówno dla samego kota, jak i właściciela. To również kolejny krok w rozwijaniu swojej felinologicznej pasji.

Dla doświadczonych wystawców wystawa jest emocjonującym przeżyciem, jednak za pierwszym razem nierzadko nad emocjami góruje stres. Jest to zupełnie zrozumiałe, bo każdy obawia się tego co nieznane. Niewłaściwe przygotowanie, brak wystawowych niezbędników może skutecznie zdenerwować i zepsuć przyjemność oraz komfort psychiczny kota i właściciela.

Praktyczna wiedza jest nieoceniona, niestety nie jest łatwo ją zdobyć, trzeba kilku odwiedzin wystaw, rozmów z hodowcami i wreszcie swoich błędów, aby wiedzieć jak się przygotować.

Przedstawiam zestaw porad opatrzony kolorowymi zdjęciami, po to, aby żaden początkujący hodowca nie tracił czasu na poszukiwanie i dopytywanie.

Formalności

Pierwszym krokiem jest zapisanie się do klubu felinologicznego – formalności zajmą od jednego do kilku tygodni – listę klubów można znaleźć na stronie Felis Polonii. Zgodnie z regulaminem FIFE od 2008 roku każdy kot ma obowiązek posiadania elektronicznego mikroczipa, umożliwiającego identyfikację. Jeśli kot nie był zachipowany w hodowli, można to zrobić u renomowanego weterynarza. Należy sprawdzić ceny chipów, gdyż niektóre kluby oferują je taniej od gabinetów weterynaryjnych.

Kot musi być zdrowy i posiadać aktualne szczepienia przeciwko chorobom wirusowym (zazwyczaj uznawane przez 2 lata) oraz wściekliźnie (ważne najczęściej przez rok, zazwyczaj wymagane u kotów od 6 miesiąca życia). Szczepienie powinno być najpóźniej 30 dni przed wystawą.

Ostatnim krokiem jest zapisanie kota na wystawę (zgłoszenia zazwyczaj są przyjmowane do tygodnia przed rozpoczęciem wystawy). Najprostszą i najszybszą metodą jest wypełnienie wniosku on-line, jednak można również wydrukować i wysłać pocztą/faxem. Do wypełnienia wniosku potrzebne będą dane kota (spisane z rodowodu) i dane opiekuna. Równolegle należy uiścić opłatę (istnieje możliwość płatności na miejscu, jednak zazwyczaj opłata jest wtedy droższa). Po wysłaniu zgłoszenia otrzymujemy dokument zgłoszeniowy, który musi być potwierdzony pieczęcią macierzystego klubu. Na 1-2 dni przed wystawą konieczna jest wizyta u weterynarza, który potwierdzi dobry stan zdrowia kota i wystawi świadectwo zdrowia.

Na wystawę zabieramy:

książeczkę zdrowia z aktualnymi szczepieniami
zaświadczenie o stanie zdrowia kota
potwierdzenie zgłoszenia na wystawę z pieczęcią klubową
rodowód lub jego kopię (na wypadek, gdyby był problem z naszym zgłoszeniem)
dowód wpłaty

KIEDY I GDZIE

Terminarze wystaw planowane są na cały rok z góry i można je znaleźć na stronie swojego klubu. Wystawy zawsze odbywają się w soboty i niedziele, przy czym każdy z dni traktowany jest jako odrębna wystawa i na każdym zdobywane są tytuły i wyłaniani zwycięzcy. Można uczestniczyć w obydwu lub tylko jednym wybranym dniu. Na pierwszą wystawę warto wybrać taką w pobliżu miejsca zamieszkania, co znacznie podniesie komfort wystawcy i kota, można również rozważyć wystawianie tylko w jeden dzień, aby ograniczyć stres i noclegi w obcym miejscu. Na początek, jeśli to możliwe najlepiej wybrać kameralną wystawę, unikając zgiełku oraz dużej konkurencji, bo nic tak nie zachęca do wystaw jak dobre noty sędziego.

PRZYGOTOWANIE KLATKI

Wystrój klatki i niezbędne akcesoria to temat, który budzi najwięcej emocji. Warto go starannie przemyśleć, gdyż od niego zależy dobre samopoczucie kota na wystawie, a inwestycja wystarcza często na całą karierę wystawową.

Organizatorzy wystawy zapewniają duże metalowe klatki które stoją na przyozdobionych stołach, są otwierane z tyłu, od strony opiekuna. Klatka ma 130 cm długości x 65 cm szerokości i 65 cm wysokości i jest idealna dla 2 kotów. Jeżeli wystawiamy jednego kota, otrzymamy wydzielone pół klatki 65 cm x 65 cm x 65 cm. Jeśli nasz kot jest duży lub wiemy, że nie lubi spokojnie leżeć w jednym miejscu – warto zdecydować się na dopłatę do całej klatki (należy ją uwzględnić przy zgłoszeniu)

Wyposażenie klatki wystawowej:

  • sztywna wyściółka na podłogę klatki
  • firanki
  • przykrycie klatki
  • legowisko, budka lub hamak
  • mała kuweta
  • miski z wodą i karma
  • folia lub siatka zabezpieczająca
  • zabawki
  • informacja i reklama hodowli

Wyściółka na dno klatki jest niezbędna, doskonale sprawdzają się w tej roli dywaniki łazienkowe, wykładzina przycięta na miarę, kawałek filcu, a nawet 3 wycieraczki ułożone jedna obok drugiej. Należy pamiętać, że dno powinno być dość sztywne i łatwe w transporcie. Do ozdoby i większego komfortu dno można wyściełać miękkim kocykiem.

Firanki to również konieczny rekwizyt. Wymagane minimum to 2 firanki po bokach klatki o minimalnym wymiarze 65 x 65 cm każda (lub więcej jeśli chcemy zrobić marszczenie). W praktyce lepiej sprawdzają się szersze firanki, które zasłaniają część przedniej i tylnej ściany klatki, tworząc kotu przytulny kącik. Warto też pomyśleć o uszyciu przykrycia na górę klatki, nie tylko wygląda to estetyczniej, ale również daje poczucie schronienia. Firanki mocujemy za pomocą kilku przyszytych tasiemek lub żabek do firan.

W celu zabezpieczenia przedniej ściany klatki przed nadgorliwymi zwiedzającymi, doskonale sprawdza się drobna siateczka (tiul) kupiona na wymiar w sklepie z tkaninami i przywiązana sznureczkami w rogach klatki. Bardziej kosztowne jak również pewniejsze rozwiązanie to zamówienie specjalnej szybki z pleksi, na którą można dodatkowo nadrukować zdjęcia lub nazwę hodowli.

Nieduża kuweta oraz miski z jedzeniem i piciem to także konieczne rekwizyty, jednak zazwyczaj korzystają z nich stali bywalcy wystaw lub wyjątkowo bezstresowe koty, większość woli przespać wystawę (należy zadbać, aby kot załatwił się i zjadł przed wyjściem z domu). Pomimo braku zainteresowania jedzeniem, powinniśmy kilkakrotnie podać kotu świeżą wodę do picia (szczególnie latem).

Zapewnienie kotu komfortowych warunków to również przygotowanie odpowiedniego posłania. Kiedy kot mocno się stresuje, lub gdy mamy firanki wyłącznie po bokach – przyda się kocia budka, jeżeli natomiast kot dobrze znosi wystawy wystarczy poduszka, kocyk lub legowisko w rogu klatki osłoniętym firankami. Młode i żywe koty lubią również korzystać ze specjalnego hamaka zawieszanego na prętach klatki. Nie można też zapomnieć o ulubionej zabawce (np. myszka na sznurku przywiązana do klatki) czy piórkach na patyku.

Dopełnieniem wyposażenia klatki jest informacja o kotach, rasie, hodowli. Wystawa jest to okazja do spotkań i rozmów z osobami, które są zainteresowane kupnem kota danej rasy w przyszłości. Musimy być przygotowani na pytania o naszą rasę kota, charakter, pielęgnację, jeżeli planujemy miot, warto również zaopatrzyć się w zdjęcia naszych kotów i wizytówki hodowli.

PRZYGOTOWANIE KOTA

Przygotowania kota do wystawy są uzależnione w znacznym stopniu od rasy i długości okrywy włosowej. Kot Rosyjski Niebieski w zasadzie nie wymaga żadnych skomplikowanych zabiegów, powinien mieć obcięte pazurki, czyste oczy, nos i sierść wyczesaną z martwego włosia – nie odbiega to od normalnie stosowanych zabiegów pielęgnacyjnych. Kąpiele nie są polecane, jeżeli tylko kot szczególnie ich nie wymaga (jeśli decydujemy się na kąpiel to 1-2 tygodnie przed wystawą), w przypadku kocurów którym przetłuszczają się włosy na ogonie wystarczy zastosować w tych miejscach suchy szampon. Koty długowłose wymagają znacznie większej uwagi i pielęgnacji, a niejednokrotnie kąpieli. Również w trakcie wystawy są specjalnie przygotowywane przez swoich opiekunów i dokładnie wyczesywane.

Kot dobrze przygotowany do wystawy to nie tylko taki, który jest zadbany, ale również taki, który potrafi się właściwie zachować. Decydując się na wystawienie powinniśmy starać się przyzwyczaić do atmosfery wystawy, jak również przećwiczyć pozycję wystawową.

Koty w zależności od rasy prezentujemy w różnych pozycjach wystawowych: siedzącej lub rozciągniętej. To w jakiej pozycji dana rasa jest prezentowana uwarunkowane jest przede wszystkim rodzajem budowy ciała, bo np. szczupły kot Bengalski najlepiej prezentuje swoje walory właśnie w rozciągniętej pozycji, podczas gdy Brytyjczyk swoją majestatyczną i nieco masywną sylwetkę najlepiej zaprezentuje w pozycji siedzącej. Koty Rosyjskie Niebieskie prezentuje się w pozycji rozciągniętej. Właściwą dla rasy pozycję powinno się ćwiczyć na kilka tygodni przed wystawą, aby stała się dla zwierzęcia czymś naturalnym. Wystawiany kot nie powinien bać się obcych ludzi, dlatego też warto czasami zabrać go do znajomych czy rodziny i zobaczyć jak się zachowuje, jak również pozwalać naszym gościom głaskać kota i brać na ręce. Ważne, aby już młody kociak nabrał dobrych przyzwyczajeń, gdyż dorosłego kota znacznie trudniej przyzwyczaić do nowych sytuacji.

HARMONOGRAM WYSTAWY

Wystawy zwykle zaczynają się około godziny 9 rano, przy czym najczęściej podaje się przedział godzinowy przyjmowania kotów na wystawę, aby uniknąć kolejek i pozwolić przyjezdnym na swobodne planowanie podróży. Zaraz po wejściu zgłaszamy się do punktu przyjmowania kotów, gdzie pokazujemy dokument-zgłoszenie kota na wystawę; otrzymamy katalog ze spisem kotów z wystawy, numer naszego kota i przynależnej mu klatki. Po rejestracji jesteśmy kierowani do kontroli weterynaryjnej, gdzie lekarz weterynarii sprawdzi zaświadczenie o stanie zdrowia oraz szczepienia kota, odczyta numer chipa.

Kolejny etap to lokowanie kotów w klatkach i „urządzanie” klatek. Jeżeli nie znamy dokładnie nazwy koloru swojego kota i został on wcześniej zgłoszony do oceny koloru przez sędziów, to zapewne odbędzie się ona na samym początku wystawy, lub chwilę przed jej oficjalnym otwarciem. Oczywiście ocena koloru nie dotyczy kotów Rosyjskich Niebieskich 🙂

Zaraz po uroczystym otwarciu zaczynają się oceny na tzw. ringu. Każdą z kategorii kotów ocenia inny sędzia i dzieje się to jednocześnie przy kilku stanowiskach. W jednym dniu wystawy kot zostanie oceniony przez jednego sędziego. Nie należy się niepokoić, że nie będziemy wiedzieli, kiedy wyjść z kotem do oceny – tablica informacyjna jest dobrze widoczna w kilku miejscach wystawy i na niej (wiedząc już przez którego sędziego oceniana jest nasza rasa) w odpowiednim czasie przy nazwisku sędziego wyświetli się numer naszego kota, jeżeli z jakichś względów przeoczymy naszą kolej, najczęściej podchodzi do nas steward i prosi do oceny lub numer naszego kota jest wywołany na głos przez mikrofon, pomimo tego powinniśmy się starać unikać takich sytuacji.

OCENA

Do oceny kota możemy nieść na ręku albo w transporterku (szczególnie koty bojaźliwe). Oczekując na prezentację u sędziego możemy skorzystać z jednej ze specjalnie wydzielonych klatek i tam umieścić kota, aby spokojnie poczekał na ocenę. Kiedy przyjdzie nasza kolej możemy osobiście prezentować kota lub poprosić o pomoc stewarda (niejednokrotnie zdenerwowany kot jest bardziej posłuszny obcej osobie).

W trakcie oceny stawiamy kota na stoliku sędziowskim (steward wcześniej go dezynfekuje) i cały czas asekurujemy zwierzaka, podczas gdy sędzia dokładnie ogląda kota, zabawia piórkiem, czasem bierze na ręce lub prosi właściciela o zaprezentowanie w pozycji wystawowej. (fot. 6 i fot. 7) Większość sędziów głośnio komentuje swoje spostrzeżenia na temat kota, zdarza się, że zadaje pytanie właścicielowi. Na koniec oceny wszystkie uwagi zostają spisane w protokole, którego kopię dostaniemy na koniec wystawy. W zależności od tego, jak duża jest konkurencja, sędzia może poprosić wszystkie bądź wybrane koty do porównania. Podczas porównania koty stoją obok siebie, wszystkie trzymane w pozycji wystawowej – wtedy sędzia szereguje tytuły, najlepszy – ocena EX1 (excellent), która łączy się zazwyczaj z przyznaniem certyfikatu, a pozostałe szereguje począwszy od Ex2, EX3 itd. Może się również zdarzyć przyznanie gorszych not jak VG (very good) czy też G (good), istnieje również możliwość dyskwalifikacji kota, który nie spełnia wymogów wystawowych (zachowanie – np. agresja, schorzenia i problemy zdrowotne, zez, przepuklina pępkowa) .

Kolejny etapem oceniania jest konkurs Best In Variete, czyli „najlepszy w kolorze”. Konkurs odbywa się pod warunkiem, że na wystawie są obecne minimum 3 koty danej rasy o tej samej barwie umaszczenia. Porównuje się koty bez względu na płeć i wiek.

Po pierwszych ocenach czas na półfinał: Nominacje do Best In Show. Sędzia wskazuje koty z najlepszymi notami, które mają się ustawić do porównania. Wyłania nominowanych półfinalistów w ramach danych klas (kotek, kocurów, młodzieży, kociąt, kastratek oraz kastratów).

Wyróżnione koty dostają odznaczenia – medale lub rozety. Na tym kończy się ocena i można powrócić na swoje miejsca.

Przed oceną, jak również w trakcie jej trwania nie powinniśmy rozmawiać z sędzią czy też zadawać pytań – uważnie słuchamy sędziego i odpowiadamy na pytania, jeśli takie padną. Kiedy po zakończonej ocenie czujemy niedosyt, chcielibyśmy dowiedzieć się czegoś więcej o danej rasie, bądź też o zgodności naszego kota z obowiązującym standardem, wolno to zrobić. Jeżeli sędziemu czas na to pozwoli – może z nami porozmawiać, jednak z racji dużej ilości ważniejszych obowiązków może również odmówić i ma do tego pełne prawo.

Jeśli nasz kot nie otrzymał nominacji do BIS – możemy już spokojnie czekać na zakończenie wystawy, jeśli otrzymał to zaszczytne wyróżnienie, czeka go kolejna ocena na zakończenie wystawy, wyłaniająca zwycięzców.

Podczas Best In Show koty są wystawiane wyłącznie przez stewardów i oceniane przez cały skład sędziowski poprzez głosowanie. W finale koty porównywane są klasami w ramach czterech obowiązujących kategorii ras oraz kategorii kotów domowych. W ramach każdej kategorii (z wyjątkiem kotów domowych) występują klasy (kotek, kocurów, młodzieży, kociąt, kastratek oraz kastratów) i w ramach każdej klasy zostaje przyznany tytuł Best In Show. Dla młodzieży, kociąt, kastratek i kastratów to najwyższy tytuł , jaki mogą zdobyć. Pozostałe koty są porównywane dalej i w każdej z 4 kategorii wybiera się między kocurem i kotką. Wygrany otrzymuje tytuł Best In Show, a przegrany Best In Show Opposite Sex.

W ostatecznym starciu rywalizują ze sobą 4 koty dorosłe, które otrzymały tytuł Best In Show w swojej kategorii. Wygranie konkursu na najpiękniejszego kota wystawy to bardzo prestiżowy tytuł Best of the Best. Oprócz finałowych tytułów, wszyscy zwycięzcy otrzymują puchary oraz nagrody rzeczowe (fot. 10)

Po wyłonieniu ostatecznego zwycięzcy wystawa jest zakończona i można opuścić sale wystawienniczą oraz odebrać dyplom.

DLACZEGO WARTO JEŹDZIĆ NA WYSTAWY?

POZNAJEMY STANDARDY RASY – wystawa to najważniejsze, a czasem jedyne miejsce, gdzie jest możliwość zobaczenia wielu kotów danej rasy jednocześnie, dogłębnego poznania standardu rasy, wychwycenia subtelnych różnic jak również określenia dokładnie pożądanych cech, które chcielibyśmy w przyszłości widzieć wśród kotów pochodzących z naszej hodowli.

DOWIADUJEMY SIĘ O WARTOŚCI SWOJEGO KOTA – ambitny hodowca nie jest ślepo zapatrzony w swojego pupila. Na wystawach dowiaduje się, jakie cechy u jego kota są najlepsze oraz które mogłyby zostać poprawione. Ma to istotne znaczenie przy planowaniu krycia, gdyż znając słabsze strony zwierzęcia, jesteśmy w stanie w taki sposób dobrać partnera, aby tych wad nie powielać, a uwypuklać najbardziej pożądane cechy.

POZNAJEMY INNYCH HODOWCÓW – dzielenie się swoimi doświadczeniami oraz wiedzą z zakresu hodowli to fakt, który trudno przecenić, gdyż w praktyce niewiele jest okazji by porozmawiać w cztery oczy z hodowcami z odległych części kraju i z zagranicy.

SATYSFAKCJA ORAZ NAGRODY – uzyskanie wysokich ocen to powód do dumy i niesamowita przyjemność dla hodowcy. Nagrody rzeczowe, pomimo iż nie są celem samym w sobie, stanowią miły dodatek dla wygrywających w finale.

NAWIĄZUJEMY PRZYJAŹNIE I MIŁO SPĘDZAMY CZAS – chociaż z pozoru aspekt ten nie jest najistotniejszy w wystawach, to dla wielu hodowców bardzo istotny, jednak nie przekonamy się o tym jeśli nie pojedziemy na wystawę…

Autorem tekstu jest Marta Halska

Artykuł pochodzi z :
Magazyn dla Miłośników Kotów, KOT nr 11 – listopad 2006
autor: Anna Wilczek
 

Dlaczego kot załatwia się poza kuwetą? Przeważnie pokazuje w ten sposób, że w jego życiu coś przestało działać prawidłowo. Nie czyni jednak tego dlatego, że jest złośliwy lub podły.

Koty słyną z niezwykłej czystości. Przywiązują ogromną wagę do mycia futra, nie bez znaczenia jest czystość misek, w których spożywają posiłki, bardzo niechętnie napiją się brudnej lub stojącej zbyt długo wody, jeśli mogą, zawsze wybiorą czyste posłanie i mają niemalże wrodzony odruch zakopywania własnych odchodów. Krótko mówiąc, odstręcza je brud i smród. I nawet jeśli zachowania te mają podłoże nie tylko higieniczne, to i tak pozostajemy pełni zachwytu dla kociej czystości. Dlatego najbardziej gwałtowne konflikty między kotem a jego opiekunem rodzą się, gdy nagle nasz największy domowy czyścioch zaczyna załatwiać swoje potrzeby poza kuwetą. No właśnie, gdybyśmy potrafili za każdym razem spojrzeć na świat oczami naszego kota i wyobrazić sobie to, co dzieje się w tej małej, acz bardzo mądrej główce, to bez większego trudu znaleźlibyśmy odpowiedź na pytanie „dlaczego to robi?”.

Mamy skłonność do przypisywania zwierzętom ludzkich uczuć, a kotom – szczególnie tych negatywnych. Słyszy się czasem, że kot jest wredny, złośliwy, a nawet podły. Jeśli zatem nagle zaczyna załatwiać się na przykład do łóżka swojej opiekunki, łatwo bez głębszego zastanowienia stwierdzić, że robi to na złość. Okazuje się jednak, że przyczyn takiego zachowania może być wiele, mogą mieć podłoże zdrowotne, behawioralne, psychiczne lub środowiskowe. Czasami zdarza się też, że pewne czynniki występują równolegle lub na zmianę i wtedy trudno jednoznacznie i od razu określić powody takiego zachowania. Należy wówczas działać wielotorowo. Załatwianie się poza kuwetą nie ma jednak nic wspólnego ze złośliwością naszego kota. Daje on nam sygnały, że coś w jego życiu przestało prawidłowo funkcjonować.

Choroba
Nasz kot może cierpieć z powodu dolegliwości związanych z chorobami układu pokarmowego lub moczowego. Może odczuwa silną bolesność na skutek zapalenia pęcherza, nerek, biegunki, czy zwyrodnień stawów. Może siusianie sprawia mu ból, (co zdarza się dość często w syndromie urologicznym kotów) i kojarząc ten ból z kuwetą, zaczyna jej unikać. Powodem może okazać się zwiększona ilość produkowanego moczu przy cukrzycy lub kału przy zapaleniu jelit. Warto zwrócić uwagę na zachowanie kota i okoliczności, jakie towarzyszą całej sytuacji załatwiania się poza kuwetą. Czy wchodząc do kuwety, kot głośno i z przejęciem miauczy, czy często odwiedza kuwetę i nic w niej nie zostawia, czy siusiając robi koci grzbiet i napina mięśnie zamiast je rozluźniać? W pierwszej kolejności należy bezwzględnie wykonać w lecznicy weterynaryjnej badanie moczu i kału oraz ogólne badanie krwi, wykluczając bądź potwierdzając podłoże zdrowotne.

Znaczenie
Ważna jest umiejętność odróżnienia załatwiania się kota poza kuwetą od znaczenia terenu moczem. W tym drugim przypadku kotki chcą po prostu poinformować o zbliżającej się rui i gotowości rozrodczej, kocury natomiast podkreślają swoją obecność na danym terytorium. Koty znaczą powierzchnie pionowe małą ilością moczu o bardzo intensywnej woni. Gdy zwyczajnie siusiają, mamy do czynienia zawsze z poziomą powierzchnią o specyficznej miękkiej strukturze (koc, pościel) i dużą ilością moczu. Jeśli zatem kot nie jest kotem hodowlanym, to jedynym rozwiązaniem jest kastracja, aby nie utrwaliły się w kocie „złe” nawyki. Zdarza się, choć rzadko, że u niedokładnie wykastrowanych kotów z różnych przyczyn, np. wstąpienia się jednego z jąder, pozostaje kawałek tkanki powodującej wydzielanie hormonów odpowiedzialnych za potrzebę znaczenia.

Kuweta 
Kuweta to bardzo ważny przedmiot – pozwala żyć kotu w komforcie i decyduje o naszych dobrych stosunkach ze zwierzęciem. Powodów, dla których kuweta nie wzbudza jego zachwytu, może być kilka.

  • Zbyt mała kuweta – załatwiając swoje potrzeby, kot powinien mieć możliwość wykonania obrotów w swobodny sposób. Kupując kuwetę dla małego kotka, pamiętajmy, że kuweta nie urośnie razem z nim. Kuweta z rantem jest zawsze mniejsza, niż się wydaje, ponieważ kołnierz (rant) ogranicza ruchy kota.
  • Niewłaściwy typ kuwety – nie każdy kot chętnie korzysta z kuwety zamkniętej. Silna koncentracja zapachów i klaustrofobiczna przestrzeń sprawiają, że kot czuje się zagrożony. Staremu kotu nie będzie natomiast odpowiadać wysoka kuwety, do której trzeba wskoczyć.
  • Brudna lub źle myta kuweta – koty konsekwentnie będą omijać kuwetę nie sprzątaną i nie mytą regularnie. Nie przesadzajmy jednak z używaniem detergentów, a jeśli jest już bardzo stara i zniszczona, to po prostu kupmy nową.
  • Nieodpowiednie ustawienie kuwety – dobrze, gdy kuweta stoi w zacisznym miejscu, do którego kot ma zawsze dostęp. Kot ma wręcz obsesyjną potrzebę bezpieczeństwa, kiedy z niej korzysta. Nie lubi też zbytniej bliskości z miejscem, gdzie je.
  • Zbyt mała liczba kuwet – podstawowa zasada mówi, że ilość kuwet w domu = liczba kotów + 1.
  • Niewłaściwy żwirek (lub inny wypełniacz) – nie ma złotej recepty na typ żwirku, najlepiej jednak, jeśli przypomina warunki naturalne, nie pyli, nie ma ostrych brzegów i nie jest zbytnio perfumowany. Powinien dobrze się zbrylać i wchłaniać wilgoć.
  • Zbyt dużo lub za mało żwirku w kuwecie – duża ilość powoduje pewną utratę równowagi, a co za tym idzie pewności siebie, kot musi się nieźle namachać, żeby przekopać tak ogromną ilość wkładu. Mała ilość żwirku to dyskomfort, ponieważ nie da się wykopać odpowiednio głębokiego dołka, a trzeba jeszcze całość zakopać. Optymalnie grubość wkładu to około 4-5 cm, zależnie od wypełniacza.
  • Wspomagacze zapachowe do żwirku – nie używajmy perfum, odświeżaczy powietrza czy pochłaniaczy przykrych zapachów, bo możemy bardzo skutecznie zniechęcić kota do jego kuwety.
  • Awersja do kuwety i negatywne skojarzenia – wynikają niekiedy z przykrych dla kota doświadczeń. Może podczas załatwiania naturalnych potrzeb przestraszył go człowiek lub inny kot, może został nagle dorwany w kuwecie w celu podania leku, zastrzyku, może karą za załatwienie się poza kuwetą było gwałtowne wrzucenie go do niej, okraszone krzykiem właściciela, a może ktoś zdenerwowany zaistniałą sytuacją zanurzał jego nos w odchodach. My możemy już nie pamiętać takich zdarzeń lub nie przywiązywać do nich większej wagi. Z kotem niestety jest inaczej – ma kruchą psychikę, którą łatwo złamać, lecz trudno odbudować.

Stres 
Nie da się wymienić wszystkich przyczyn stresu powodujących załatwianie potrzeb kota poza kuwetą, ponieważ każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie. Warto jednak spojrzeć na świat oczami kota, bo każda poważna zmiana w jego życiu może wywołać stres. Najczęstsze powody to:

  • Przeprowadzka – nie da się jej uniknąć. Kot czuje wielkie napięcie unoszące się w powietrzu, wszyscy są przemęczeni, nikt nie poświęca mu wystarczającej ilości czasu. Zastanówmy się wcześniej, jak zapewnić kotu najbardziej bezpieczne nowe miejsce. Zabierzmy ze starego domu ulubione kocie rzeczy, dywanik, stary fotel lub koc.
  • Ktoś w domu przybył albo odszedł – mogą to być narodziny dziecka, zakup kolejnego kota, ale też rozstanie z ulubionym domownikiem lub też innym kotem, który był „najbliższą rodziną”. To są sytuacje niezwykle stresogenne. Należy wówczas poświęcić kotu dużo czułości i uwagi.
  • Przemeblowanie lub przeniesienie kuwety w inne miejsce – jeśli jest to możliwe, wszystkie tego typu zmiany wprowadzajmy stopniowo, np. przesuwajmy kuwetę o parę centymetrów dziennie i uważnie obserwując reakcję kota.
  • Próby bicia lub karania kota – gazetą, krzykiem, gwałtownymi nerwowymi ruchami. Pod żadnym pozorem nie wolno tego robić!
  • Nagłe zaniedbanie kota – niepoświęcanie kotu należytej uwagi i czasu może być spowodowane nadmiarem pracy, częstymi dłuższymi wyjazdami i późnymi powrotami do domu. Kot czuje się zagubiony i opuszczony. Załatwia się wtedy najczęściej do łóżka, aby zwrócić na siebie uwagę właściciela.
  • Gwałtowna zmiana diety – może spowodować silny stres, dlatego wszelkie zmiany żywieniowe dobrze jest wprowadzać stopniowo.
  • Zapach innego kota przyniesiony na butach i ubraniu – po przyjściu do domu buty chowajmy zawsze w niedostępne dla kota miejsce.
  • Nieporozumienia między kotami – przy większej liczbie kotów należy bacznie obserwować ich zachowania i wzajemne relacje. Interweniujmy jednak tylko w ekstremalnych sytuacjach.

Maluch 
Zdarza się, że koty oddawane są do adopcji zbyt wcześnie, gdy nie mają trzech miesięcy. Matka kociąt nie ukończyła jeszcze nauki małego kociaka. W takiej sytuacji cały problem spocznie na nabywcy malucha. To bardzo trudne zadanie. Psy, na przykład, szkoli człowiek, to od niego zależy w dużej mierze zachowanie i dobre ułożenie psa. Koty uczy matka i tylko ona z wielką łatwością i umiejętnie przekazuje im wiedzę na temat „dobrego wychowania”. Wytłumaczenie więc maluchowi, do czego służy kuweta, może czasami być bardzo kłopotliwe, acz nie niemożliwe.

Miłość, zrozumienie, cierpliwość – to cechy, którymi powinniśmy wykazać się w sytuacji kryzysowej, jaką jest załatwianie się kota poza kuwetą. Pomóżmy naszemu kotu, bo on właśnie tego od nas oczekuje.

Anna Wilczek

Często spotykam się z pytaniem osób które myślą, że chciałyby zacząć hodować koty – jakie są koszty prowadzenia hodowli?
Innym często zadawanym pytaniem jest: dlaczego kociak tyle kosztuje???

Jedna z zaprzyjaźnionych Hodowczyń pokusiła się o przedstawienie dokładnych wyliczeń. Na dodatek zrobiła to w bardzo fajnej formie, przystępnej i łatwej do obejrzenia – w formie filmu na You Tube.

Wszystkie osoby zainteresowane „ekonomicznymi” stronami prowadzenia hodowli, tym- czy można na hodowli zarobić… albo stracić… – zapraszam do kliknięcia w poniższy link.

Ile kosztuje hodowla?

Hodowca to ktoś, kto pożąda wiedzy, ale wie, że nigdy nie zdobędzie jej całkiem.
Ktoś, kto walczy z dylematami pomiędzy sumieniem, wygodą i zaangażowaniem.
Hodowca poświęca swoje osobiste interesy, pieniądze, czas, przyjaźnie, meble i wykładzinę na podłodze.
Rezygnuje z marzeń o długich, luksusowych wycieczkach.
Wystawy wpisuje w swój plan urlopowy.
Hodowca funkcjonuje bez snu, (ale nigdy bez kawy!).
Spędza godziny na snuciu planów hodowlanych lub niepokoju o przebieg porodu, a następnie o każde kichniecie lub miauk.
Hodowca zapomina o obiedzie, bo musi nakarmić kocięta lub noworodki muszą być nakarmione butelką o ósmej.
Lekceważy wody płodowe i robi sztuczne oddychanie zalanemu kociakowi, by tchnąć życie w małe, bezradne stworzonko, które będzie spełnieniem czyiś marzeń.
Jego kolana to wspaniałe miejsce, gdzie drzemały pokolenia doskonałych championów.
Ręce hodowcy są silne i często podrapane, zabrudzone, ale zawsze wrażliwe na dotyk kociego noska.
Plecy i kolana są obolałe od klęczenia w porodówce, ale wystarczająco silne, by odpowiednio zając się kociakami.
Za plecami hodowca często jest obrzucany obelgami z strony konkurencji, ale jest wystarczająco silny, by udźwignąć kolejną porażkę.
Hodowca zawsze jest gotowy, by użyczyć pomocnej dłoni nowicjuszowi.
Uszy hodowcy są czasami czerwone (od bycia obgadywanym) lub dziwnie zniekształcone (od wiszenia godzinami na telefonie), a często muszą być głuche na krytykę.
Zawsze jednak wyłapią płacz chorego kociaka.
Wzrok hodowcy bywa zamazany z powodu studiowania rodowodów, a oczy czasem są ślepe na niedoskonałości swojego własnego kota. Zawsze jednak wystarczająco czułe na niedoskonałości konkurencji i szukają ideału wzorca.
Mózg hodowcy bywa zamglony, ale może przypomnieć sobie rodowody szybciej niż najlepszy komputer. Jest pełny wiedzy, że aż czasami przepalają się bezpieczniki. Kataloguje tysiące dobrych kośćców, zgryzów, wielkości ucha i doskonałych głów.
W duszy hodowcy pochowane są błędy, których nie udało się naprawić.
Serce hodowcy jest pełne nadziei, ale często bywa łamane.
Zawsze jednak jest na właściwym miejscu!
To właśnie są Hodowcy.

Autor nieznany
Przetłumaczyła Anna Krajewska
Thank you dear Anastasia Papadopoulou for sharing. 🙂

Polecam serdecznie ten artykuł, poruszający to zagadnienie. 

Zapraszamy do zapoznania się z ciekawym artykułem na ten temat: TUTAJ

Zapraszamy do zapoznania się z ARTYKUŁEM.